![]() |
![]() |
|
| Powrót | ||
|
|
Recenzja książki J.M.G. Le Clézio "Urania"
Barbarzyńcy
w ogrodzie Uranii Podejście
ludzi Zachodu do innych kultur ma kilka odmian. Militarną – szablą,
muszkietem bądź rakietami próbuje się je podporządkować w imię
cywilizacyjnych racji, misyjną – przeróżni dobroczyńcy niosą zbłąkanym
zbawienie i oświatę, turystyczną – udręczona codziennością klasa średnia
rozlewa się w sezonie urlopowym na cały świat w poszukiwaniu egzotyki, o której
wie tyle, ile jej powiedział naprędce kupiony przewodnik, seksualną –
ściśle wyspecjalizowana odmiana turystycznej, naukową – wszelkiej maści
antropolodzy wyposażeni w racjonalny aparat poznawczy pielgrzymują do ludów,
do których nie dotarli jeszcze żołnierze, misjonarze i turyści, by badać
to, co racjonalnemu poznaniu się wymyka. Wszystkie te odmiany mają jeden wspólny
mianownik: żadna nie traktuje tych kultur w sposób partnerski.
Więc
kiedy znajdzie się pisarz, poeta, etnolog, który pozna te ludy bliżej,
zamieszka z nimi, nauczy się ich języka, zgłębi ich filozofię, w olśnieniu
zrozumie, dlaczego jego własne społeczeństwo kuleje i zacznie o tych
kulturach pisać, spotyka się z kompletnym niezrozumieniem. Przede wszystkim
nie wiadomo, jak go zaszeregować. Między utopią, a ucieczką w egzotyzm? Między
poprawnością polityczną, a naiwną fascynacją? Bo kto podobną fascynację
weźmie na serio? Odległe kultury i obce ludy mogą być, owszem, cywilizowane,
zbawiane, podglądane, badane, ale nie mogą być żadnym partnerem, jeszcze
mniej przykładem, a jeśli stają się tematem książek to tylko powieści dla
dzieci. No, ewentualnie humoresek dla dorosłych.
Jean-Marie
Le Clézio był od lat najpoważniejszym francuskim kandydatem do literackiej
Nagrody Nobla. W Polsce przetłumaczono, obok głośnego „Protokołu”,
równie głośną „Pustynię” i „Onitszę”. Bardzo mało.
Niemniej żaden z krytyków czyhających na werdykt Szwedzkiej Akademii nie sięgnął
choćby po nie, by zapoznać się z autorem mającym duże szanse na najwyższe
literackie wyróżnienie. Więc kiedy werdykt zapadł, zaserwowano nam gromkie
zdziwienie i oburzenie. Jak to! Nieznany nikomu Le Clézio! „W dodatku
Francuz, ignorant!...”, by zacytować zdanie z
„Uranii”. Mocno dostało się Akademii w Sztokholmie za to, że nie
wzięła pod uwagę niewiedzy polskiej krytyki.
Frustracja, jaką zrodziły niespełnione oczekiwania związane z Nagrodą, pragnienie udowodnienia Akademii, że kolejny raz się pomyliła, znalazły ujście, gdy dwa tygodnie po ogłoszeniu werdyktu ukazała się nakładem PIW-u „Urania”. Milczeniem pominę jednak to wszystko, co po przekartkowaniu książki, napisała i powiedziała o niej większość krytyków. Zamiast tego, proponuję kilka słów refleksji nad „Uranią”, książką piękną, bogatą, ale, jak się okazuje, trudną.
***
Urania
to wymyślona kraina gwiazd i sfer, do której podczas wojny ucieka w marzeniach
mały Daniel. I pierwszy ton polifonicznej powieści Le Clézio. Ucieczka w sen,
gdy codzienność staje się ponad siły. Pojawia się jednak pytanie: co
jest snem, a co jawą? Co ucieczką, a co zbliżeniem do świata? Od pierwszej
strony Le Clézio mówi, że złudne nie musi być to, co niezgodne ze zdrowym
rozsądkiem, a widzialna i namacalna rzeczywistość może być zwykłą grą
pozorów: „Nabrałem przekonania, że blisko świata można się znaleźć
tylko w marzeniach”. Ton jest dany. Świat jako tajemnica, suma nieskończonych
możliwości. Odgadnąć rzeczywistość w błysku intuicji dane jest dziecku, później
zdolność ta zostaje w pewnej mierze zapomniana, w dużej zabita.
Gdy
po wielu latach geograf Daniel Sillitoe pojedzie do Meksyku w celu zbadania
urodzajnych gleb w dolinie Tepalcatepec, trafi na społeczność, która
przypomni mu o Uranii. Pochylony nad ziemią, owym ciałem żywym, pięknym i płodnym,
odkrywa jednocześnie niebo, „naszą prawdziwą ojczyznę”. To tam,
między ziemią i niebem, między mityczną Matką i mitycznym Ojcem rozciąga
się owa wyśniona kraina, Urania-Campos. Nie przypadkiem marzenie Daniela
realizuje się w Meksyku, kraju nie do końca rzeczywistym, zamieszkanym jeszcze
przez ludy magiczne, jakże bliskim początkom (Campos leży niedaleko najmłodszego
wulkanu Paricutín). Opisując to miejsce, Le Clézio pozostaje wierny własnej
tradycji. Jego kolejne książki przedstawiają uporczywe poszukiwanie krainy ze
snu. Znajdował ją między tradycyjnymi społecznościami Afryki, na
odizolowanej wyspie na morzu Indyjskim, wśród nomadów pustyni, teraz natrafił
na nią w Campos.
To
erudyta Don Thomas zestawia Campos z utopią. Porównanie wydaje mu się
oczywiste. Meksyk – mówi – jest „miejscem podatnym na wszelkie
utopie, gdyż istnieje poza czasem i poniekąd nigdzie”. Nie przypadkiem
tu właśnie próbowano odtworzyć Utopię Tomasza Morusa. Dokonał tego
pierwszy biskup Michoacanu, Don Vasco de Quiroga, a jego dzieło istnieje do dziś.
Campos, zorganizowana wspólnota kierowana przez „jakiegoś
nawiedzonego”, wydaje mu się wpisywać w tę tradycję. Dla mniej
erudycyjnych mieszkańców Doliny Campos to społeczność hippisów,
ewentualnie sekta, w której panują
rozwiązłość i zepsucie, w użyciu są narkotyki; a ów nawiedzony to
niebezpieczny guru, który opanował umysły i kasę podopiecznych.
Przedstawienie
społeczności Jadiego jako sekty okazuje się polityczną manipulacją. Czy nie
jest jednak pomyłką sprowadzenie jej do utopii? Czy Le Clézio nie zwodzi nas, podsuwając zbyt łatwe skojarzenia?
Utopia
to konstrukcja umysłu, który dał się ponieść pragnieniu sprawiedliwości i
szczęścia, zapominając o braku środków do jej urzeczywistnienia. Jest
wyrazem arogancji ludzi pragnących nagiąć świat do swych idei. A przede
wszystkim tworem nierealnym. Ucieleśniając się, utopia może się tylko
zniszczyć, gdyż przestaje być doskonałością. Gdy przyjrzymy się społeczności
Campos i regułom, którymi się kieruje, dostrzeżemy, że nie mają one nic
wspólnego z chimeryczną wizją. Społeczność ta stworzona została przez
Indian, a ściślej wychowanych przez Indian Metysów, ludzi znających
doskonale dwa światy i dwie tradycje: tubylczą i zachodnią. Ludzie ci świadomie
próbują odtworzyć w nowych warunkach model społeczny, który wypracowany
został przed wiekami i przez całe wieki doskonale się sprawdzał. Reguły
Campos przytoczone na końcu książki, a także uwagi Rafaela, nawiązują do
organizacji i tradycji społeczności indiańskich. W Campos nie ma rodziny w ścisłym
znaczeniu tego słowa, mieszkańcy tworzą coś w rodzaju rodziny rozszerzonej,
przy czym wychowywanie dzieci jest zadaniem wszystkich. Nauka nie odbywa się w
szkole (dla Rafaela szkoła z internatem jest instrumentem zniewolenia), nie ma
też nic wspólnego z bezmyślnym przyswajaniem rzeczy niepotrzebnych. Jest
– mówi Rafael – dążeniem do prawdy. Claude Lévi-Strauss zauważył,
że Europejczycy docierający do społeczeństw tradycyjnych nie byli w stanie
docenić bogactwa ich języka i kultury, gdyż brakowało im solidnego wykształcenia
w dziedzinie botaniki, zoologii, astronomii, filozofii. Nawiasem mówiąc
brak wykształcenia filozoficznego daje o sobie znać w pracach wielu antropologów
także dzisiaj. W pracach krytyków literackich również. W Campos seksualność jest względnie swobodna,
przede
wszystkim jednak traktowana z radością, pozbawiona pojęcia grzechu, upadku oraz
wszystkich kompleksów, które te ze sobą niosą. Nie istnieje pojęcie pracy
zarobkowej, nie ma więc podziału na pracę i święto. Ludzie wykonują czynności
nie narzucone, ale dobrowolnie wybrane i konieczne. To dzięki temu, pracując w
polu, Rafael mógł po raz pierwszy w życiu poczuć się wolny.
Jedną
z najważniejszych zasad regulujących życie w Campos jest nieobecność
religii. Pojęcie to nie istniało w kosmogonii Indian. Obce było im również
pojęcie Stwórcy. Jadi tłumaczy, że jedyną prawdą jest prawda materii, a ta
tożsama jest z duchem. Człowiek ze swą świadomością jest drobną cząstką
inteligencji wszechświata, nie lepszą ani gorszą od innych. Nie jest on ze świata
wyodrębniony, nie stoi ponad nim, jest immanentnie powiązany z wszystkimi jego
formami. Sposób pojmowania świata przez Indian przystaje zadziwiająco do współczesnych
teorii fizyki kwantowej, co indiańscy teologowie mocno podkreślają. Podczas
święta „Patrzenie w niebo” dokonuje się duchowa unia człowieka z
kosmosem. Mieszkańcy Campos doskonale znają niebo, gwiazdy, fazy planet,
lunacje. Tak jak znali je dawni Majowie, Aztekowie, nomadzi Ameryki Północnej
i Południowej. Tak jak znały je ludy Oceanii i Afryki. Niemniej ta wiedza
traktowana jest z dystansem. Jakże często to, co bierzemy za wiedzę –
tłumaczy Jadi – okazuje się nieprawdą. Ważniejsze od wiedzy jest
intuicyjne poznanie, instynktowne odgadywanie świata. René Guénon powiedziałby,
że jest w tym mądrość tradycyjnych ludów. Nie przypadkiem, mówiąc o
gwiazdach, Jadi tak często odwołuje się do Arabów. Dlatego też, gdy wygnańcy
z Campos znaleźli się na Jukatanie, Rafael pomyślał, że wieża, z której
dawni Majowie obserwowali niebo, „przypomina Campos”. Trudno nie
odnieść wrażenia, że u stóp świątyń Majów ludzie ci znaleźli się na
swoim miejscu. Oni tej ziemi nie zwiedzają, oni ją zamieszkują. Między nimi
i budowlami Majów istnieje jakby porozumienie, przybysze z Campos traktują je
dokładnie tak, jak traktowali je ci, którzy je wznieśli. W zestawieniu z nimi
tabuny turystów szturmujących piramidy wyglądają groteskowo. Przypominają
barbarzyńców, którzy w zdobywanych świątyniach zdolni są dostrzec jedynie
kamienie.
Le
Clézio nie przypadkiem umieścił Campos w sąsiedztwie wulkanu Paricutín. Tak
jak czterdzieści lat wcześniej ziemia się otwarła i na pola wypłynęła
lawa, tworząc wulkan, tak w pęknięciu współczesności, wykrystalizowała się
społeczność, o której myślano, że znikła na zawsze. Tak jakby czas
zatoczył koło i wrócił do początku, żeby się odnowić. Ta erupcja dawnej
tradycji nastąpiła w Dolinie kierującej się zupełnie innymi prawami i
zwyczajami. Daniel obserwuje ją z taką samą bezsilnością, z jaką niegdyś
Bardamu obserwował międzywojenny Paryż.
Sąsiadująca
z Campos Dolina tętni własnym życiem. Na polach truskawek i awokado pracują
również w niedzielę kobiety i dzieci. I nie wiadomo, czy los dzieci, którym
sok truskawek zżera paznokcie, a słońce wypala języki, jest lepszy od losu
tych, które żebrzą bądź zbierają odpadki na dymiącej górze śmieci. Wzdłuż
kanałów i torów kolejowych mieszkają w slumsach Spadochroniarze, których
biedę wykorzystują skorumpowani adwokaci. Na obrzeżach miasta rozciąga się
zakazana Strefa, gdzie miejscowi alfonsi sprzedają miejscowym notablom młode
Indianki z okolicznych wiosek. Wzbogaceni na handlu ciecierzycą chłopi
demonstrują swą potęgę jeżdżąc po mieście wielkimi SUV-ami, a potomkowie
posiadaczy ziemskich budują domy w kształcie zamków i baseny w kształcie
truskawek. Swoją potęgę demonstrują również antropolodzy, którzy sposób
na dominację znaleźli w nauce, a wiedzę oddali na usługi władzy.
W
tym świecie zysku i wyzysku, nieuczciwości i nadużyć nie ma miejsca dla słabych,
wrażliwych i ułomnych. Marzyciele skazani są na porażkę. Tymczasem nie brak
w Dolinie tych, którzy próbują ją naprawić. Od powstańców cristeros
po groteskowego rewolucjonistę Hektora następują po sobie rewolty, zastępując
jeden niesprawiedliwy porządek innym niesprawiedliwym porządkiem. Nie
zrealizował swojego marzenia humanista Don Thomas. Stworzona przez niego placówka
naukowa nie mogła przetrwać w świecie, w którym mózgi eksploatowane są na
równi z ziemią, a wolna myśl stanowi zagrożenie. Nie przetrwała społeczność
Campos. Nie dlatego, że załamała się od wewnątrz, ale dlatego, że została
z Doliny wyrzucona. Daniel często wyczuwał groźbę wiszącą nad Campos.
Tymczasem Campos również postrzegane było jak groźba. Zanegowało bowiem
zasady, których podważenie nie przyszłoby do głowy ani Hektorowi, ani Don
Thomasowi. Społeczność ta nie tylko odrzuciła arogancką koncepcję człowieka
stworzonego na wzór Boga, nie tylko zerwała z przebrzmiałą koncepcją Boga
wyposażonego w cechy człowieka, ale przede wszystkim odrzuciła owego
prawdziwego, jedynego Boga, którego społeczeństwo zachodnie nie przestaje
adorować: pieniądze. Nic więc dziwnego, że w żyjących
„beztrosko” i zadowalających się niezbędnym minimum mieszkańcach
Campos ludzie z Doliny mogli dojrzeć jedynie niebieskie ptaki, do których od
dawna zostały sprowadzone „ptaki niebieskie”. Nie miała do nich
zaufania nawet Dalia.
Zestawiając
Dolinę i Campos, Le Clézio burzy schematy, z jakimi nie przestajemy
podchodzić do świata. „Utopijne” Campos przedstawione jest w sposób
nadzwyczaj realistyczny, z całym bogactwem konkretów i szczegółów, Dolina
natomiast nosi cechy obrazu onirycznego, wygląda nierealnie, jak senny koszmar,
wizja szaleńca. Miasto warczy niczym ogromny zwierz, krążące samochody
zaciskają się na nim jak stalowy wąż, fabryki mrożonek najeżone wieżami
przypominają zamki z bajki, nawet Strefa jest odrealniona, jakby widziana w
krzywym zwierciadle. W porównaniu z apokaliptyczną Doliną, (doliną Sądu
Ostatecznego?), Campos to nie tylko powiew świeżego powietrza, ale nagłe
zakotwiczenie w rzeczywistości, powrót do rzeczy podstawowych i podstawowych wartości.
Co
więc jest prawdą, a co snem? Co grą pozorów, a co rzeczywistością? Do
jakiej prawdy zbliża się społeczeństwo rozdarte między utopiami,
rewolucjami, teoriami i systemami, społeczeństwo, które grzęźnie w
niekonsekwencjach, kryzysach i sztuczności, oderwało się od świata i znalazło w
sytuacji wewnętrznego zatrucia? Dlaczego utopią mają być społeczności, które,
pojmując świat i człowieka inaczej, ochroniły się od materialnego i
duchowego spustoszenia, uświadomiły sobie własne ograniczenia, nauczyły się
żyć blisko ziemi i nieba, zadowalać niezbędnym minimum i nad pośpiech
przedkładać kontemplację i refleksję? Przedstawiając Dolinę i Campos Le Clézio
kpi z ustalonych pojęć, przywraca rzeczom ich właściwy wymiar, prawdziwą
nazwę. Pokazuje nam też, jak łatwo wpadamy w sidła własnych przesądów.
Społeczności indiańskie nie zostały wyssane z palca. A jeśli w większości
przestały istnieć, to dlatego, że zostały zniszczone w imię tego, co w
Dolinie wygląda jak senny koszmar, unicestwione przez tych, którzy ten koszmar
stworzyli. Najtragiczniejsze jest to, że tak jak kiedyś, tak i dziś nie znamy
tych ludów, nie rozumiemy ich, nie zdajemy sobie sprawy, co naprawdę zostało
zniszczone. Nazwanie Campos „pretensjonalną utopią”, „baśnią
dla starszych dzieci” i „naiwną wizją” jest gorzkim
paradoksem. To ten właśnie paradoks, a jednocześnie naszą ślepotę obnaża
Le Clézio.
Społeczność
Campos została rozbita, a jednak w książce obecna jest nadzieja. Daje ją
„pewność, że kraina Uranii istniała naprawdę”, że świat
prowadzący do proliferacji Dolin nie jest jedynym możliwym. Mówiąc o amerykańskich
tubylcach, Daniel określa ich słowem „niezniszczalni”. Lili jest
nieśmiertelna, Juan Uacus wieczny, wygnańców z Campos nie można zniszczyć.
Ludzie ci z determinacją, z wiarą w
siebie potrafili przetrwać podboje, chrystianizację, kolonizację,
zachowując własną
filozofię i sposób myślenia, dostosowując jednocześnie swoje tradycje, a
także język do nowych warunków.
Kultury te przetrwały w podziemiu, czekając cierpliwie, aż któregoś dnia będą
mogły wypłynąć na powierzchnię. To ta możliwość odwołania się do ich
myśli, do ich przykładu zdaje się napawać Le Clézio nadzieją.
Aldaberto Aranzas wygnał grupę Jadiego z Campos, gdyż dostrzegł, iż miejsce to posiada szczególną moc i chciał tą mocą zawładnąć. Nie udało mu się. Nie wiedział, że moc obecną w ziemi, wzgórzach i powietrzu trzeba umieć przechwycić. Zamiast nad ogrodem Uranii zapanował nad kawałkiem nieurodzajnego gruntu pokrytego kamieniami jak pobojowisko. Don Aldaberto nie potrafił opanować magii tego miejsca, ale zdolny był przynajmniej ją dostrzec. Spróbujmy dojrzeć w ogrodzie „Uranii” coś więcej niż tylko kamienie!
J.M.G. Le Clézio,
Urania, przekład Zofia Kozimor, PIW, 2008 ________________________ ©Zofia Kozimor
|
|
| Powrót | ||