![]() |
![]() |
|
| Powrót | ||
|
|
Samolotem do Stanów
Opowiem
teraz o naszej ostatniej podróży do Stanów Zjednoczonych. Chęć
odnalezienia Indian i ich ziemi trzeba niekiedy opłacić niekończącą
się, koszmarną przeprawą. Przez
Internet wykupiliśmy bilety lotnicze Paryż – Dallas, Dallas -
Phoenix. Z Paryża nie ma bezpośredniego połączenia ze stolicą
Arizony. Lataliśmy już United Airlines, US Airways, tym razem wybrałam
American Airlines przede wszystkim ze wzglądu na dogodne godziny odlotu i
przylotu, gdyż ceny biletów były bardzo zbliżone. Mieszkamy w Arras. Z
Arras na lotnisko Roissy pod Paryżem odchodzi kilka razy dziennie tzw.
szybki pociąg TGV (160 km robi w 45 min). Zatrzymuje się na terminalu
2, skąd odlatują samoloty do Stanów. Ta część podróży jest
najprostsza. Po wyjściu z pociągu pieszo przechodzi się na lotnisko,
oddaje walizki, doświadcza przyjemności kontroli bagażu, ubrań, butów,
odpowiada na retoryczne pytania i przechodzi do poczekalni. Pozbawieni
walizek oddychamy z ulgą. Od tej chwili przewoźnik bierze nas pod swoje
skrzydła: ma nas nakarmić, napoić, przenieść za ocean i posadzić na
amerykańskiej ziemi. Samolot wystartował o przewidzianej porze. Mieliśmy
przed sobą 10 godzin lotu. Przez Internet wybrałam dwa miejsca przy
oknie. Lecieliśmy klasą ekonomiczną, której na Titanicu odpowiadałby
tzw. steerage, czyli trzecia klasa. Miejsca jest mało, nie można
wyciągnąć nóg i w wielkich boeingach, w których obok
„luksusowych” krzeseł przy oknach znajdują się rzędy pięciu
foteli pośrodku kabiny, osoba siedząca w samym środku pięciu krzeseł
cierpi po kilku godzinach istne katusze. Na ekranach wmontowanych w
oparcia foteli pojawiają się od czasu do czasu informacje na temat
gimnastyki nóg pobudzającej krążenie. Można też oglądać
filmy przygotowane przez przewoźnika, ostatnie produkcje Hollywood, przy
których łatwo się zasypia. Oglądam od czasu do czasu te filmy, najczęściej
jednak czytam, a na ekranie zostawiam mapę z informacją, gdzie akurat
znajduje się samolot.
Klasa ekonomiczna w boeingu 777 Podróż
przez ocean jest długa, lecimy na zachód i z każdą godziną lotu dzień
się wydłuża. Do Dallas przylatujemy o godzinie czternastej czasu
miejscowego. Odbieramy bagaże, przechodzimy przez odprawę paszportową i
biuro immigration, gdzie urzędnik pobiera nasze odciski palców,
fotografuje nas, odbiera kwestionariusz z pytaniami, czy nie należymy do
organizacji terrorystycznej i nie mamy na sumieniu morderstwa. Po odprawie
wpuszczeni jesteśmy na terytorium Stanów. Szukamy lotu do Phoenix.
Oddajemy bagaże, wszystko w porządku, samolot
odlatuje za dwie godziny. Po przejściu do poczekalni szukam na monitorze informacji o
locie. I znajduję. Samolot do Phoenix odlatujący o 1705 odwołany.
CANCELED. Pomyślałam o nadanych przed chwilą walizkach. Idziemy do
pracowników, którzy je odebrali. Nic nie wiedzą o odwołanym locie.
Idziemy do biura American Airlines. Pracownik przeprasza, bardzo mu
przykro, szuka miejsc na innych lotach. Lot następny, ostatni tego
dnia, ma komplet pasażerów, za dziesięć minut odlatuje inny samolot,
ale również ma komplet. Nic dziwnego, podróżnych z odwołanego
samolotu już dawno poupychano w pozostałych. Urzędnik proponuje nam
hotel i przelot następnego dnia rano. Nie chcemy. W Phoenix czeka na nas Ed,
przyjaciel Nawaho, czeka również zamówiony samochód. Poza tym nie mamy
walizek, piżam, żadnych przyborów toaletowych oprócz szczoteczek do zębów.
A propos walizek. Czy nie można ich odebrać? Mężczyzna gdzieś dzwoni.
Nie, załadowano je na samolot odlatujący za dziesięć minut (miały więcej
szczęścia niż my). Szuka innych połączeń. Proponuje lot do Chicago,
a stamtąd do Phoenix. Do Chicago!
A czemu nie z powrotem do Paryża? Zdaje się, że chciałby, abyśmy spędzili
tę noc na pokładach samolotów American Airlines, skoro nie chcemy w
hotelu w Dallas. W końcu znajduje: samolot do Tucson, a stamtąd liniami
US Airways do Phoenix. Zmiana przewoźnika nie bardzo mu odpowiada, nam
jednak odpowiada jak najbardziej. Tucson leży o niecałą godzinę od
Phoenix. To już kraina Apaczów. W Tucson, dawnym meksykańskim presidio,
mamy dwie i pół godziny na zmianę samolotu. Dostajemy nowe bilety.
Okazuje się, że ponieważ nasz lot odwołano i zmieniamy z konieczności
trasę, musimy się poddać ścisłej kontroli. Nie rozumiem związku i
nie próbuję zrozumieć. Zabierają
nam bagaż podręczny i badają każdy przedmiot dziwnymi aparatami.
Skończyli. Odbieramy plecaki, wkładamy buty i kierujemy się do samolotu
do Tucson. W poczekalni ogarnia nas zmęczenie. Samolot ma godzinę opóźnienia.
Okazuje się, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być gorzej.
Po godzinie przychodzi wiadomość: samolot ma awarię i jest
odwołany. CANCELED. To wygląda na jakieś fatum. Pracownicy zapewniają
jednak, że podstawiona zostanie inna maszyna. Rzeczywiście, po 40 długich
minutach oczekiwania podjeżdża inny samolot i zabiera rozbitków. W
samolocie komplet. Dano nam z całą pewnością dwa ostatnie miejsca.
Znajdują się w ostatnim rzędzie. Ponieważ samolot zwiększył opóźnienie
do dwóch godzin, zaczynam się obawiać, że nie zdążymy na lot do
Phoenix. Samo wyjście z samolotu zajmie nam mnóstwo czasu. Pytamy
stewardessy, czy jakimś cudem nie ma wolnych miejsc z przodu, tłumaczymy
dlaczego. Powiedziała, że zobaczy. Nie wróciła jednak z żadną
wiadomością. Jesteśmy koszmarnie zmęczeni. Mamy za sobą dobę bez snu. W samolocie jest ciasno i duszno. Podróż trwa trzy godziny. Po wylądowaniu ludzie wstają, wyciągają bagaże, robi się zamieszanie. Nagle w głośnikach rozlega się głos stewardessy, która prosi pasażerów, żeby nie tarasowali przejścia, gdyż dwoje podróżnych lecących z Paryża ma tylko 20 minut, aby przesiąść się na samolot do Phoenix. Jak za dotknięciem różdżki czarodziejskiej fale pasażerów odsuwają się na dwie strony, rozstępują jak biblijne Morze Czerwone i odsłaniają przed nami wolne przejście. Przemierzamy samolot odprowadzani życzeniami udanego pobytu w Stanach i poklepywaniem po ramionach. Jest to absolutnie najmilsza chwila w całej podróży. Przy wyjściu stoją uśmiechnięte stewardessy, chcę podziękować tej, która nadała wiadomość, ale jej nie widzę. Jestem jej niezmiernie wdzięczna za ludzki, zupełnie bezinteresowny odruch solidarności. Kiwamy wszystkim ręką i biegniemy do następnego samolotu.
Na lotnisku w San Francisco podczas jednej z pierwszych podróży Przy odprawie okazuje się, że nasze bilety wystawione przez American Airlines są tutaj nieważne. Musimy wrócić do biura US Airways, żeby je zmienić. Biuro na szczęście jest obok. Z nowymi biletami wracamy do samolotu. Pasażerowie zajęli już miejsca. Wchodzimy ostatni. Samolot jest przyjemny, sporo pustych foteli. Pocieszam się, że jeszcze niecała godzina i będziemy w Phoenix. Maszyna zaczyna krążyć w kierunku pasa startowego. Zatrzymuje się, czeka pięć minut, potem dziesięć, piętnaście. Zaczynam się niepokoić. W końcu rusza i wolno wraca w kierunku lotniska. Kapitan zawiadamia pasażerów, że jest kłopot z drzwiami, które nie chcą się zamknąć. Trzeba opuścić samolot i czekać na naprawę albo na inną maszynę. Wróciliśmy do poczekalni. Byłam niewiarygodnie zmęczona. Andrzej dostał mdłości. Nie miałam lekarstw, lekarstwa zostały w walizce, która poleciała bez nas. Drzwi oczywiście nie zreperowano, innej maszyny nie znaleziono. Po godzinie oczekiwania ogłoszono, że lot jest anulowany. CANCELED. W przypływie paranoi zastanawiałam się, czy lotu nie anulowano dlatego, że nie miał kompletu pasażerów. Tego było za wiele. Rozumiem, że w Stanach samoloty zastępują autobusy i pociągi, ale przecież autobusów i pociągów nie odwołuje się nagminnie, a już na pewno nie ostatnich danego dnia. Amerykanie muszą być przyzwyczajeni do tej tradycji, gdyż prawie wszyscy powstali z miejsc i w kilka minut ulotnili się, nie wiadomo gdzie. Może mieszkali w Tucson i postanowili wrócić do siebie, czekając na lot następnego dnia? Nie wiem. Poczekalnia zrobiła się pusta. Przy jednym ze stanowisk została pracownica lotniska, młoda Murzynka. Wśród ludzi zatrudnionych na lotniskach przy rejestracji biletów i nadawaniu bagaży sporo jest obcokrajowców, głównie Azjatów mówiących często z trudno zrozumiałym akcentem. Zostawiłam w poczekalni chorego Andrzeja, którego angielski doskonalony w elitarnej Ecole Normale Supérieure w Saint-Cloud i w Trinity College w Dublinie jest bez porównania lepszy od mojego, i skierowałam się do młodej pracownicy. Przez głowę przemknęła mi myśl, jakim akcentem mnie uraczy. Przekonałam się bardzo szybko. Gdy powiedziałam, że lecimy z Paryża do Phoenix i nie możemy dolecieć, gdyż trzy razy anulowano nam samolot, kobieta wykrzyknęła radośnie najczystszą francuszczyzną: „Z Paryża! Ja też jestem z Paryża. W Ameryce pracuję od roku, szlifuję język”. To była druga cudowna chwila tego niekończącego się dnia. Paryżanka wzięła nas pod swoje skrzydła. Zamówiła hotel, dała vouchery na pokój i śniadanie. Zmieniła bilety na następny dzień na 1025. Powiedziała, że jest wcześniejszy samolot, ale musimy odpocząć. Na lotnisku i tak trzeba być dwie godziny przed odlotem. Zadzwoniła do hotelu, żeby przysłano po nas samochód. Na uwagę, że nie mamy żadnych przyborów toaletowych, powiedziała, że wszystko dostaniemy w hotelu. I rzeczywiście dostaliśmy wszystko oprócz piżam. Hotel był piękny, ale byliśmy zbyt zmęczeni, żeby go podziwiać. Wzięliśmy prysznic i do łóżka. Sen nie przychodził długo, a spaliśmy nerwowo z powodu zmęczenia i stresu, a także różnicy czasowej. W Europie wybiła 8 rano, gdy kładliśmy się spać. Następnego dnia czuliśmy się lepiej, choć mdłości Andrzeja nie minęły. Gdy zeszliśmy na śniadanie, przywitał nas wspaniały bufet: owoce, jajka na bekonie, gofry z syropem klonowym, jogurty i nie pamiętam, co jeszcze. Biedny Andrzej nie mógł na nic patrzeć. Gdy podeszła kelnerka, Meksykanka o pięknych włosach, z pytaniem, czy chcemy kawę, czy herbatę, Andrzej zapytał, czy nie ma lekarstwa na żołądek. Tego oczywiście nie miała, ale powiedziała, że milę stąd, przy głównej drodze znajduje się apteka, w której znajdziemy, co trzeba. Podała nazwę lekarstwa i zaproponowała, że podwiezie nas samochodem. Podziękowaliśmy za dobre chęci, ale chcieliśmy iść pieszo. Pieszo wzdłuż szosy, w pełnym słońcu Arizony, tego się absolutnie nie robi i pomyślałam, że policji na pewno wydamy się podejrzani, ale po 30 godzinach bez ruchu musieliśmy się przejść. Gdy wyszliśmy z hotelu, ogarnęło nas świeże powietrze pachnące roślinnością pustyni, poranek był kryształowo czysty. Ogarnęło mnie wzruszenie na widok kaktusów, ocotillo, kwiatów charakterystycznych dla krainy Apaczów. W oddali majaczyły niebieskawe góry. Szliśmy wzdłuż szerokiej szosy, mijały nas nieliczne samochody. Nagle Andrzej powiedział, że mdłości mu minęły i na dobrą sprawę nie potrzebuje lekarstwa. Zrozumieliśmy, że lekarstwem było świeże powietrze po trzydziestu kilku godzinach spędzonych w zamkniętych, klimatyzowanych pomieszczeniach: w TGV, samolotach, na lotniskach i w hotelu. Później Marybeth powiedziała nam, że tego typu dolegliwości są częste, a bywają jeszcze gorsze, i poradziła przed długą podróżą brać specjalne tabletki. W aptece znaleźliśmy polecone przez Meksykankę lekarstwo, Andrzej zażył go na miejscu. Wzdłuż szosy, w porannym słońcu, wróciliśmy do hotelu. Ja zjadłam pyszne śniadanie, Andrzej zadowolił się filiżanką herbaty. Potem znowu lotnisko, kontrola bagażu, w końcu krótki przelot z Tucson do Phoenix nad rudawo-pustynnym pejzażem Arizony. Lotnisko Sky Harbor w Phoenix jest ogromne, ma cztery terminale. Przypadkowy Amerykanin zapytany, gdzie znajduje się biuro American Airlines, w którym mieliśmy odebrać bagaże, dał nam mapę lotniska. Autobusem podjechaliśmy na właściwy terminal, z daleka ujrzeliśmy szyld American Airlines, a za oszkloną ścianą biura Andrzej dostrzegł nasze walizki. Odebraliśmy bagaż, odebraliśmy zamówiony przez Internet samochód i z uczuciem ogromnej ulgi, nieopisanej radości wyrwaliśmy się spod skrzydeł wszystkich przewoźników i po czterdziestogodzinnej podróży stanęliśmy na ziemi Indian.
Okolice Tucson Gdy
nadszedł czas powrotu, z obawą myślałam o całym folklorze związanym
z lotniskami i przelotami. Pocieszałam się, że podczas podróży w tę
stronę wyczerpaliśmy swój limit kłopotów i trudności. Okazało się,
że na kłopoty i trudności nie ma limitu. Na lotnisko Sky Harbor w
Phoenix przyjechaliśmy prosto z rezerwatu San Carlos. W agencji Avis
oddaliśmy samochód i autobusem podjechaliśmy na terminal. Na lotnisku
było mnóstwo ludzi. Nadaliśmy bagaże, odebraliśmy bilety z numerem
miejsc w samolocie. Tym razem lecieliśmy najpierw do Chicago, a stamtąd
po czterogodzinnym postoju do Paryża. W poczekalni był tłok, wolne
miejsca znaleźliśmy nieco dalej. Od czasu do czasu podchodziłam do
ekranu sprawdzić informacje o locie. Samolot miał godzinę opóźnienia
ze względu na burzę nad Chicago. Po jakimś czasie opóźnienie przedłużyło
się do dwóch godzin. Dookoła pełno ludzi i bagaży, rwetes, jakże
daleko byliśmy od magicznej ceremonii Indian odprawianej w górach
jeszcze wczoraj. W rozgardiaszu i gwarze próbowałam robić notatki.
Andrzej drzemał. Znowu podeszłam do ekranu. I znowu radosna wiadomość:
lot do Chicago odwołany. CANCELED. Pracownicy niczego nawet nie tłumaczyli.
Rozdawali pasażerom kartki z numerem telefonu, pod który należało dzwonić,
żeby zamówić inny lot. Tego było za wiele. Zabraliśmy plecaki i poszliśmy do
stanowiska, przy którym nadaliśmy bagaże. Andrzej powiedział jednej z
pracownic, że ma dosyć ich burdelu, że nie będzie dzwonić pod
wskazany numer i użerać się ze studentami szlifującymi język, że ona
ma nam znaleźć inny lot. Na wzmiankę o burdelu kobieta żachnęła się:
„A u was to nie ma burdelu?”. Andrzej na to: „Jest. Jak
najbardziej, ale im też to wytykam. A sam robię, co mogę, żeby
burdelu nie było”. To ją trochę udobruchało. Popatrzyła w
komputer i zaproponowała lot następnego dnia, czyli hotel, jedzenie i cały
ten cyrk bez piżam i koniecznych rzeczy. Nie zgodziliśmy się. Mieliśmy
bilety na pociąg powrotny z Paryża do Arras i nie uśmiechało nam się
dopłacać 80 euro tylko dlatego, że oni tutaj nie potrafią zapanować
nad swoim burdelem. Chcieliśmy odlecieć jak najszybciej. Kobieta gdzieś
zadzwoniła, powiedziała, że bagaże jeszcze nie odleciały i wysłała
Andrzeja po ich odbiór. Potem poszukała w komputerze możliwych lotów
do Paryża. Znalazła dość szybko, liniami Delty. Phoenix
– Cincinnati, Cincinnati – Paryż. Wystawiła
prowizoryczne bilety i wysłała mnie do biura Delty, żeby je zamienili
na właściwe. W międzyczasie Andrzej wrócił z walizkami. Nadaliśmy je
raz jeszcze i przeszliśmy do kontroli paszportowej. Czasu było bardzo mało,
samolot odlatywał za chwilę. Podaliśmy paszporty młodemu
pracownikowi. I się zaczęło. W paszporcie Andrzeja imię było
wydrukowane nie nad przeznaczoną do tego linią, lecz częściowo na
linii. Facet zaczął wydzwaniać, informować się, czekać na
kierownika. Tłumaczyliśmy mu, że już pięć razy przyjeżdżaliśmy do
Stanów z tym paszportem, czego dowodem są liczne stemple, że jeśli i
tym razem wpuszczono nas bez problemu, nonsensem jest nie chcieć nas wypuścić.
Nic nie pomagało. Osiołkowi władzę dano. Przypomniały mi się godziny
stracone absurdalnie na granicy między RFN i NRD, godziny głupio wystane
w Zgorzelcu i w Świecku przy wypełnianiu kretyńskich druczków.
Opowiadano mi o szkolnej wycieczce do Pragi: przy przeglądaniu
papierów na granicy, żołnierze odkryli, że któraś z uczennic odkleiła
zdjęcie w legitymacji i zastąpiła je innym. Oczywiście na tym nowym
brakowało pieczątki. Była z tym cała heca. Pociąg zatrzymano na dwie
godziny, w końcu jednak dziewczynę przepuszczono. W wisielczym nastroju
zastanawiałam się, jakie szanse miałaby na tej granicy. Wszystkie są
siebie warte. Przyszedł wreszcie kierownik, spojrzał na młodego osiołka
wzrokiem, który świadczył, że ma dość jego nadgorliwości, co mnie
podniosło na duchu, musiał jednak grać komedię do końca. Zadzwonił
gdzieś... do CIA?... do służb specjalnych?... nie wiem. W każdym razie
oddał nam paszporty, przeprosił za oczekiwanie i pozwolił przejść do
kontroli. Zostało 10 minut do odlotu, myślałam, że kontrola
przebiegnie szybko. Gdzie tam! Nasz samolot odwołano, musieliśmy więc
przejść przez cały rytuał sprawdzania bagażu. Usadzono nas na krzesłach i
przedziwnymi aparatami po raz nie wiem który badano zawartość
naszych plecaków. Patrzyłam na to z rezygnacją. Wiedziałam, że nie ma
co się denerwować, nie warto spoglądać na zegarek, a za śmiech z
kontroli grozi kara. Myślałam o Bobkowskim, który w podobnej sytuacji
powtarzał sobie zdanie z Heinego: „Najgorsze przewożę w głowie”. Do
samolotu weszliśmy tuż przed startem. Był przepełniony. Usadzono nas
osobno. Siedziałam między młodą dziewczyną rozwiązującą krzyżówki
i mężczyzną jadącym na jakiś kongres. Andrzej siedział w rzędzie
przede mną. Było ciasno. Nie miałam ochoty przepraszać mężczyzny i
wyjmować notesu z plecaka na górze. Lot do Cincinnati trwał długo, byłam
zmęczona, głodna, zastanawiałam się, w jakich warunkach będziemy
lecieć przez ocean. Stewardessy roznosiły jedzenie w tekturowych pudełkach
po 5 dol. za pudełko. Nie miałam ochoty na chipsy, orzeszki i bliżej
nieokreślone delicje. Przeprosiłam jednak mężczyznę i wyjęłam z
plecaka przygotowane przez Herba w San Carlos kanapki (Herb zajmował się
kuchnią podczas apackiej ceremonii w górach i nikomu nie pozwalał się
do swej pracy wtrącać). Podzieliłam się kanapkami z Andrzejem. W
samolocie roznoszono napoje. Wszystko ma swój koniec, ta podróż też. Po czterech godzinach wydostaliśmy się z metalowej puszki. Przemierzaliśmy korytarze kolejnego lotniska, czystego i funkcjonalnego jak wszystkie amerykańskie lotniska, kierując się do stanowiska samolotu do Paryża. Andrzej zapytał mnie w nagłym przypływie paniki: „Słuchaj, gdzie my jesteśmy?”. „W Cincinnati, miało być Chicago, jest Cincinnati”. Postanowiłam sprawdzić po powrocie, gdzie dokładnie leży Cincinnati.
Amerykańskie lotniska są czyste, funkcjonalne i podobne do siebie Znaleźliśmy w
końcu lot do Paryża. O dziwo, nie było żadnej kontroli, żadnych pytań,
pokazywania papierów, zdejmowania butów. Pasażerowie wchodzili na pokład,
słyszałam język francuski. W samolocie dostaliśmy miejsca przy oknie.
Z wdzięcznością pomyślałam o kobiecie, której
Andrzej nagadał o amerykańskim burdelu. Przygotowywano się do
startu. Rozejrzałam się po samolocie. Był prawie pusty. Ludzie
zajmowali fotele przy oknach. W rzędach czterech foteli pośrodku nie było
nikogo. Spojrzeliśmy z Andrzejem na siebie. Zanim samolot wystartował,
zabraliśmy plecaki i przesiedliśmy się do rzędów pośrodku. Ja usiadłam
w jednym, Andrzej za mną. Zaraz po posiłku wyciągniemy się każde w
swoim rzędzie i będziemy spać do samego Paryża. Bilety Delty musiały
być droższe niż na innych liniach, stąd ten pustawy samolot. Pomyślałam
z lękiem, że chyba międzynarodowego lotu nie odwołają. Nie odwołali.
Wystartowaliśmy. Stewardessy roznosiły posiłek. Bilety z całą pewnością
były droższe, gdyż posiłek okazał się doskonały. Można było jak
niegdyś dostać butelkę wina bez płacenia za nią 5 dolarów. Wzięliśmy
każde po buteleczce czerwonego kalifornijskiego wina oraz musującego wina
francuskiego. Pomyślałam, że różnicę w rachunku wyrówna przewoźnik
American
Airlines. Po posiłku wyciągnęliśmy się na czterech fotelach,
przykryliśmy kocem i próbowaliśmy spać. Ten samolot zrekompensował
nam po części udrękę związaną z zamieszaniem na amerykańskich
lotniskach. W Paryżu wylądowaliśmy o oznaczonej godzinie. Byłam szczęśliwa, gdy odebraliśmy bagaże i skierowaliśmy się na dworzec TGV. Mijaliśmy grupkę Amerykanów rozglądających się bezradnie dookoła. Andrzej zawołał do nich: „Witajcie we francuskim burdelu”. Roześmiali się. Andrzej zapytał, czy mają z czymś kłopot. Okazało się, że wśród odebranych bagaży, nie znaleźli nadanej wiolonczeli. Uspokoiliśmy ich. Wiolonczeli na pewno nie rzucono na taśmę. Pracownik lotniska przyniesie im ją osobiście. Tak też było. Ujrzeliśmy mężczyznę pchającego przed sobą wózek z przedmiotami o dziwnych kształtach, między innymi z wiolonczelą. Amerykanie ucieszyli się, a my poszliśmy do TGV. Pociąg nadjechał punktualnie i po 45 minutach znaleźliśmy się w Arras, szczęśliwi, że barwną odyseję samolotową mamy już za sobą.
Lotnisko ze swym folklorem i rytuałami Z
tej koszmarnej podróży wyciągnęliśmy jeden wniosek. Nigdy, przenigdy,
lecąc z Europy, nie zdawać się na amerykańskie linie wewnętrzne. One
są dobre dla miejscowych, którzy wsiadają do samolotu jak do tramwaju.
Nie odleci jeden, będzie następny. Kilkugodzinna zwłoka to zawsze kłopot,
ale na miejscu można z tym wytrzymać. Z Europy do punktu docelowego w
Stanach trzeba latać lotem międzynarodowym. W naszym
przypadku najlepiej polecieć z Paryża do Londynu, Londyn bowiem ma bezpośrednie
połączenie z Phoenix. Międzynarodowe loty rzadko są anulowane, zarówno
we Francji podczas strajków, jak i w Stanach, na co wskazywałaby nasza
podróż pustym prawie samolotem Delty. Gdy w domu otworzyłam walizkę, znalazłam w niej dwa druczki służb kontrolnych powiadamiające mnie, że walizka została dwa razy sprawdzona. Pierwszy raz sprawdzano jej zawartość przed niedoszłym lotem do Chicago, drugi przed lotem do Cincinnati. Wyjęłam z walizki przedmioty, których nie potrafiło zidentyfikować nierozumne oko kamery. Kamień używany niegdyś przez apackie kobiety do rozcierania ziarna, kryształ górski zostawiony przez Indian jako dar dla zmarłego, grot apackiej strzały znaleziony w miejscu dawnej potyczki. Patrzyłam na nie z uśmiechem, odpychając od siebie pamięć o trudach i lękach podróży.
Granice są siebie warte ________________________ ©Zofia Kozimor
|
|