![]() |
![]() |
|
| Powrót | ||
|
|
J.M.G. Le Clézio Fragment
Wykładu Noblowskiego wygłoszonego 7 grudnia 2008 roku w Sztokholmie. W
lesie paradoksów Z
lasem wiąże się jedno z moich największych przeżyć literackich wieku męskiego. Było
to około trzydziestu lat temu, w Ameryce Środkowej, w miejscu zwanym El Tapón
de Darién, Korek, gdyż ucinała się tam wtedy (a z tego co wiem, ucina się
do dziś) droga panamerykańska, która miała połączyć
dwie Ameryki, od Alaski do Ziemi Ognistej. Region Przesmyku
Panamskiego pokryty jest niezwykle gęstym lasem tropikalnym, w którym poruszać
się można jedynie płynąc pirogą po rzece. W lesie tym mieszkają
Indianie podzieleni na dwie grupy, Embera i Waunana, należące do rodziny językowej
Ge-Pano-Karib. Znalazłem się tam przypadkiem, a lud ten zafascynował mnie tak
bardzo, że przez trzy lata przyjeżdżałem do nich regularnie na dość długi
pobyt. Spędzałem czas, chodząc od domu do domu – ludzie ci nie
chcieli mieszkać skupieni w wioskach – i uczyłem się żyć według
innego rytmu niż ten, który znałem. Las Darién, jak wszystkie prawdziwe
puszcze, był bardzo wrogi. Należało znać jego niebezpieczeństwa
i umieć się przed nimi obronić. Muszę przyznać, że Embera
okazywali mi wielką cierpliwość. Moja niezręczność ich bawiła i w pewnej
mierze rozrywką odpłaciłem im się za mądrość, którą mi przekazali. Nie
pisałem dużo. Las nie jest najlepszym do tego miejscem. Papier nasiąka
wilgocią, długopisy wysychają od gorąca. Urządzenia elektryczne nie działają
długo. Przyjechałem tam z przekonaniem, że pisarstwo jest przywilejem, że będzie
mi zawsze pomocą, ochroną przed problemami życia, czymś na kształt wirtualnej
szyby, którą mogę podnieść, gdy nadchodzi burza. Przyswoiwszy sobie podstawową wspólnotę charakterystyczną dla Indian, ich głęboką niechęć do autorytetów, ich tendencję do naturalnej anarchii, mogłem nabrać przekonania, że sztuka jako indywidualna ekspresja niemożliwa jest w lesie. Zresztą nie istniało tam nic, co nazywamy sztuką w naszym konsumpcyjnym społeczeństwie. Zamiast obrazów mężczyźni i kobiety malowali ciała, nie chcieli tworzyć niczego trwałego. A potem odkryłem mity. Gdy
mowa o mitach w naszym świecie książek, ma się wrażenie, że są czymś odległym
w czasie i w przestrzeni. Ja też tak myślałem. I oto mity przychodziły do
mnie regularnie, prawie każdej nocy. Przy płonącym palenisku, jakie z trzech kamieni robiono
w każdym domu, wśród tańczących komarów i ciem, głosy
opowiadaczy i opowiadaczek przywoływały historie, legendy, podania, jakby to
były wydarzenia z codziennej rzeczywistości. Gawędziarz śpiewał wysokim głosem,
uderzając się w piersi, mimiką twarzy oddawał uczucia, pasje, niepokoje
postaci. Równie dobrze mogła to być powieść, nie mit. I oto którejś nocy
przybyła młoda kobieta. Nazywała się Elwira. Znana była ze swej sztuki
opowiadania. Była niespokojnym duchem, nie miała męża ani dzieci – mówiono
o niej, że pije, że się prostytuuje, ale nie dawałem temu wiary –
chodziła od domu do domu i śpiewała w zamian za posiłek, butelkę alkoholu,
czasem trochę pieniędzy. Chociaż słuchałem tych opowiadań za pośrednictwem
tłumacza – w swej wersji literackiej język embera jest dużo bogatszy niż
w wersji potocznej – zrozumiałem od razu, że Elwira jest wielką artystką
w pełnym, najlepszym znaczeniu tego słowa. Dźwięk jej głosu, rytm rąk
uderzających w ciężkie srebrne naszyjniki na piersi, a przede wszystkim ów
wyraz natchnienia rozjaśniający jej twarz i wzrok, owo miarowe, rytmiczne
uniesienie działały z wielką siłą na obecnych. Prostą kanwę mitów, o
wynalezieniu tytoniu, o pierwszych bliźniakach, prastare historie o bogach i
ludziach wzbogacała doświadczeniami z tułaczego życia, opisami własnych miłości,
zdrad i cierpień, intensywnego szczęścia miłości cielesnej, cierpkiej
zazdrości, strachu przed starością i śmiercią. Ucieleśniała żywą poezję,
antyczny teatr i najbardziej współczesną powieść. Była tym wszystkim w sposób płomienny, gwałtowny. W czerni lasu, wśród brzęku insektów i
rechotu żab, wśród wirujących nietoperzy, tworzyła coś, co nie ma innej
nazwy jak piękno. W jej pieśni zawarta była prawdziwa moc natury i,
paradoksalnie, ten głuchy las, ta puszcza tak daleka od wyrafinowanej literatury
stawała się miejscem, w którym sztuka wyrażała się z największą siłą i
autentycznością. Potem
opuściłem te strony i nigdy więcej nie widziałem Elwiry ani żadnego gawędziarza
z lasu Darién, ale zostało we mnie coś silniejszego niż tęsknota -
przekonanie, że literatura może istnieć pomimo niszczącego działania
konwencji i kompromisów, pomimo niezdolności pisarzy, by zmienić świat. Że
stanowi coś wielkiego i silnego, co ich przerasta, czasami ożywia, przekształca i
przywraca im harmonię z naturą. Coś nowego i jednocześnie dawnego,
nieuchwytnego jak wiatr, niematerialnego jak chmury, nieskończonego jak morze.
Coś, co drga w poezji Dżalala ad-Dina Rumiego, w wizjonerskiej
architekturze Emanuela Swedenborga. Dreszcz, jaki odczuwa się podczas czytania
najpiękniejszych tekstów ludzkości, jak owo przemówienie, z którym Stealth,
wódz Indian Lumni zwrócił się w drugiej połowie XIX wieku do prezydenta
Stanów Zjednoczonych, aby przekazać mu ziemię: „Może jesteśmy braćmi...” Coś
prostego, prawdziwego, co może istnieć tylko w języku. Lekkość, czasami
przebiegłość, zgrzytliwy taniec albo długa cisza. Drwina,
wykrzyknik, przekleństwo, a zaraz potem głos niebios. To
do niej, Elwiry, odnosi się ta pochwała, to jej dedykuję Nagrodę, którą
przyznała mi Akademia Szwedzka. Jej i wszystkim tym pisarzom, z którymi, a
czasami przeciwko którym, żyłem. [...]
Fundacja
Nobla 2008 (Le
Clézio przedstawił postać Elwiry w opowiadaniu La Fête
chantée w zbiorze opowiadań pod tym samym tytułem, Le Promeneur, Gallimard, Paris 1997)
________________________ ©Zofia Kozimor |
|
| Powrót | ||