![]() |
![]() |
|
| Powrót | ||
|
|
Indianie
i my Z
Jean-Marie Le Clézio rozmawia François Armanet. Wywiad
ukazał się w tygodniku „Le Nouvel Observateur” 13 lipca 2006 roku. Le
Nouvel Observateur.-
Odkrył pan Meksyk, odbywając służbę wojskową w 1968 roku. Co pan
wtedy odczuł? J.M.G.
Le Clézio. – Odkrycie
Meksyku było dla mnie szokiem fizycznym. Gdy mówiono mi o tym kraju, podkreślano
mocno spadek hiszpański. Tymczasem, już na lotnisku w Mexico zanurzyłem się
w gęsty, chaotyczny tłum tubylców (tak się ich nazywa w Meksyku), odmienny i
oryginalny jak tłum Chińczyków czy Indonezyjczyków. Potem, przebywając w
prawdziwych dzielnicach Meksyku, szybko zrozumiałem, że to 40-milionowe miasto
stało się na nowo stolicą azteckiego imperium, choć nie mówi się już językiem
nahuatl, a kościoły zastąpiły świątynie. N.
O. – Dokonał pan
pierwszego na Zachodzie tłumaczenia „Ksiąg Chilam Balam” i
„Relacji o Michoacanie”. Co przekazują nam te teksty indiańskiej
mitologii? J.M.G.
Le Clézio. – Odczuwałem
wielkie wzruszenie przy lekturze i tłumaczeniu tych tekstów. Podróżowałem
po Jukatanie z hiszpańską wersją „Ksiąg” i książką Johna
Reeda o wojnie kast. W wioskach Majów mieszkańcy, szczególnie młodzi,
chcieli wiedzieć więcej. Wielu z nich opowiadało mi o swych przodkach, którzy
pod koniec wojny w 1910 roku walczyli z armią rządową i stworzyli straż mającą
strzec świętych miejsc Separados w Tixcacal Guardia, w Chun Pom, w
Chancah Vera Cruz. Ponieważ widziałem, że te książki są jeszcze żywe i
stanowią dla tych ludzi dowód tożsamości, nabrałem ochoty, by przetłumaczyć
je na francuski. N.
O. – Książka
„Meksykański sen”, miłosna pieśń o prekolumbijskim Meksyku,
opisuje śmiertelne zderzenie dwóch
cywilizacji i koniec pewnego świata. Co zniknęło na zawsze? J.M.G.
Le Clézio. – Zginęła ta
mnoga, różnorodna cywilizacja, pełna inwencji i głębokiej myśli, która
rozwinęła się na całym kontynencie amerykańskim. Gdyby nie katastrofa
podboju, gdyby nie masakry, wygnania, gwałty fizyczne i moralne, w wielu
miejscach cywilizacja ta stworzyłaby wspaniałe wartości, których oczywiście
nie możemy sobie wyobrazić. Niemniej nie można uważać, że wszystko zostało
zniszczone, że nie zostało nic. Wiele kwestii cywilizacyjnych, które nas dziś
fascynują, jak umiar w podejściu do środowiska, poszanowanie wszelkich istot
żywych, miejsce marzeń i intuicji w rozumieniu świata, zasada podziału
bogactw, miejsce mitu w naszej wyobraźni, leczenie za pomocą ziół i
inkantacji, wywodzi się z tradycyjnych kultur indiańskich. Odkrywamy
stopniowo, ile im zawdzięczamy. N.
O. – W jakich domenach
cywilizacja Indian wyprzedzała Europę w momencie podboju? J.M.G.
Le Clézio. – Jeśli pominąć
intensywną praktykę wojenną (broń palną, kawalerię, a przede wszystkim
taktykę terroru: palenie wsi, masakry, sprzedawanie kobiet i dzieci w niewolę,
wykorzystanie broni bakteriologicznej) cywilizacje amerykańskie wyprzedzały
Europę Renesansu praktycznie we wszystkich dziedzinach: hydraulice, naukach ścisłych,
astronomii, medycynie, zoologii, anatomii. Trudno dziś ocenić myśl
filozoficzną Azteków i Inków, ale pierwsi hiszpańscy kronikarze, którzy
przybyli na miejsce, gdy prawie wszystko było już zniszczone, mówią z
podziwem o moralistycznych przemowach, sporach literackich i dyskusjach
metafizycznych, które prowadzono w tych społecznościach. Świadectwo garstki
ocalałych (końcowa bitwa w Mexico-Tenochtitlan zabrała 260 tysięcy ludzi
należących w przeważającej części do elity miasta) daje nam tylko przybliżony
obraz. N.
O. - Spędził pan wiele lat
z Indianami z Panamy i Meksyku. Czego się pan nauczył? J.M.G.
Le Clézio. – Stanąłem
jakby na progu nowego świata. Nie zapomnę tego wrażenia. Było to jak zawrót
głowy. Stałem na progu i zdawałem sobie sprawę, że nigdy nie będę mógł
przekroczyć go naprawdę. Z tamtej strony rozciągała się rzeczywistość
bardzo bliska, a jednocześnie zupełnie odmienna, coś jak inny rodzaj
harmonii. Wyczuwałem też groźbę wiszącą nad tym kruchym światem, zapowiedź
prawie nieuniknionej zagłady. N.
O.
– Jaki jest stosunek Indian do języka? Co wnieśli do pana pisarstwa? J.M.G.
Le Clézio. – Emberowie z
Panamy nie mieli literatury pisanej, po prostu dlatego że nie odczuwali jej
potrzeby. Ale używali języka literackiego, dużo bogatszego w słownictwo i
wyrażenia niż język mówiony. Służył on do przekazywania mitów w
recytacji i śpiewie. Majowie i Indianie Purhepecha mają dziś literaturę
pisaną. Spotkałem też poetów tworzących w języku azteckim (nahuatl), jak
Pedro Olguin Tekli. W jednym i drugim przypadku uderzyła mnie moc, jaką
przypisują językowi. Jeśli miało to na mnie wpływ, to na oszczędność języka,
na odrzucenie tego, co błyszczy. Ale jestem jak najdalszy od robienia z tego
systemu literackiego! N.
O. – Co zbliża do
siebie odmienne kultury indiańskie? J.M.G.
Le Clézio. – Każdy naród
tak różnił się od sąsiada jak może się różnić Bask od Bretończyka.
To, co jednoczyło te ludy, to niewątpliwie, co wykazał Lévi-Strauss, pewna
wspólnota mitów. Dziś Indian łączy uczucie, że zostali wydziedziczeni,
odrzuceni, czasami odczłowieczeni. N.
O. – Czy Indianie są
pierwszymi ekologami? J.M.G.
Le Clézio. – Ekologia ma
charakter radykalny, a to, wydaje mi się, nie ma nic wspólnego z kulturami, których
cechą główną była tolerancja wobec innych. Ale prawdą jest, że w
praktykach codziennych społeczności indiańskie wyznają dzisiaj zasadę oszczędności
środków i poszanowania życia. W Stanach Zjednoczonych jedyne wolne miejsca
(niedochodowe, bez drutów kolczastych, zabudowań i reklamy) to indiańskie
rezerwaty, szczególnie na północy i południowym zachodzie. Niektóre
przemowy wodzów indiańskich XIX wieku (wodza Josepha Nez Percés, Stealtha z
ludu Lumni na północnym zachodzie, przemowa Apacza Juha, a dawniej jeszcze Don
Antonia Cuirengari, Purepechy z Michoacanu, a nawet ostatnie słowa Tangaxoana
Tzintzichy przed egzekucją przez Niño de Guzmana) są modelami mądrości
i przenikliwości, zwiastują postępującą katastrofę ekologiczną
nowoczesnej ery i powinno się o nich mówić dzieciom w szkołach. N.
O. – Mieszka pan
regularnie w Albuquerque w Nowym Meksyku, niedaleko Indian Zuni, Hopi, Nawaho,
których rezerwaty należą do największych w Stanach Zjednoczonych. Czy
spotyka się pan z nimi? J.M.G.
Le Clézio. – Rezerwaty
indiańskie w Stanach Zjednoczonych są swoistymi „bantustanami”, w
których z upływem lat rozwinęła się fizyczna i psychologiczna bieda, będąca
wielkim oskarżeniem kraju uważającego się za najbardziej cywilizowany i
najbardziej demokratyczny na całej planecie. Nie jest łatwo nawiązać
kontakty. Korzystam z oficjalnych ceremonii, by w wioskach Pueblo słuchać dźwięku
stóp uderzających o ziemię i rytmu bębnów. Próbowałem uczyć się języka
nawaho, którego miękkie dźwięki przypominają język nahuatl. To wszystko
jest powierzchowne, ale jednocześnie cieszę się, gdy latem widzę gromadzące
się nad Rio Grande chmury i myślę o deszczu, który spadnie na poletka dyń i
kukurydzy. Cieszę się, gdy wiatr przynosi zapach smażonej papryki. Ten udział
musi mi wystarczyć. N.
O. – Granica między
Stanami Zjednoczonymi i Meksykiem nie istniała dla ludów indiańskich. Jakie
więzi istnieją między nimi dzisiaj? J.M.G.
Le Clézio. – Pojęcie
granicy było obecne w Ameryce Kolumbijskiej jeszcze przed stworzeniem
nowoczesnych państw. W rzeczywistości granice dzisiejszego Meksyku pokrywają
się z grubsza z granicami imperium Azteków w okresie podboju, z wyłączeniem
niepodległego Chiapas, częściowo uzależnionego królestwa Purhepechów i
niepodległych plemion północnego wschodu. Dzisiaj granica nie oddziela od
siebie indiańskich nacji, ani nawet obywateli Meksyku i Stanów Zjednoczonych.
Oddziela biednych od bogatych. Europa zresztą nie zrobiła nic innego, wznosząc
mur w Maastricht. Niemniej dowiedziałem się rzeczy budującej (wszystko jest
oczywiście względne): gdy zamierzano stworzyć na południu Arizony uzbrojoną
milicję mającą pilnować granicy, Indianie Oodham (Papago) zaznaczyli, że
nie przyjmą jej w obrębie swojego rezerwatu (na granicy z Meksykiem), dodając,
że dla nich wszyscy nie-Indianie są, bez względu na pochodzenie i na stopień
zasiedziałości w Ameryce, imigrantami. N.O.
– Napisał pan „Jestem Indianinem”. Czy rzeczywiście czuje
się pan Indianinem i w jaki sposób? J.M.G.
Le Clézio. –
Powiedzmy, że jest to marzenie – marzenie o progu, o którym mówiłem
wcześniej i który chciałbym przekroczyć. Zanurzenie
w świecie Indian w lesie Darién było wstrząsem, który kazał mi
zamilknąć na kilka lat. Wszystko było tak inne, wypełnione łaską. Musiałem
wszystkiego nauczyć się na nowo: patrzeć, słuchać, rozumieć. Odrzucić własne
ego, szanować ciszę, zgodzić się na owo permanentne wycofanie, które jest
najbardziej wypracowaną formą humoru. W
tamtym okresie Indianie Embera i lud pokrewny mówiący językiem waunana byli
naprawdę panami lasu, na wszystkich wzgórzach nad rzeką. Dalecy byli od tego,
co rozumiemy przez słowo „dzicy”. Znali doskonale świat nowoczesny
(Panama City była o noc jazdy łodzią) i nic nie mogło ich zdziwić. Mieli tę
dumną pewność ludzi żyjących w doskonałej zgodzie ze środowiskiem, a
jednocześnie nie odczuwali żadnej pogardy dla innych – raczej rozbawioną
ciekawość. Pod tym względem podobni byli do Huicholów i Indian Cora, których
spotkałem kilka lat wcześniej w Sierra Madre Nayarit w Meksyku. Moja emocja
związana była z odczuciem pewnego skrótu czasowego. Miałem wrażenie, że
przemierzyłem strony Berbardina de Sahaguna czy Motolinii i zobaczyłem świat
taki, jaki istniał przed podbojem. Podobnie jak Jean Grojean w Syrii myślałem,
że mógłbym tu zostać i umrzeć (w miłości zawsze jest obecna pewna myśl o
śmierci). Potem
wszystko się zmieniło. Handlarze kokainą weszli do lasu Darién. Podczas
jednej z ostatnich przejażdżek pirogą po rzece Tuquesa dowiedziałem się, że
mieszkańcy w górze rzeki zostali zabici przez handlarzy. Innym razem łódź z
potężnym motorem zbliżyła się do mojej pirogi i ktoś strzelił kilka razy,
żeby mnie ostrzec. Embera musieli zmienić styl życia. Skupili się w
wioskach, a ich społeczność poznała problemy promiskuityzmu, kłótnie,
porachunki, upolitycznienie, a przede wszystkim strach. Nie wiem, czy udało im
się otrząsnąć z tego. Ale ja musiałem odjechać. Nie byłem pewny, czy wrócę.
Nie wróciłem nigdy. W
Meksyku miałem okazję nawiązać inny kontakt i ten trwa do dzisiaj. Przez
ponad dziesięć lat mieszkałem w Michoacanie, niedaleko wiosek Mesety
Tarasków, gdzie żyje rdzeń ludu Purhepecha (nazwa Taraskowie pochodzi od słowa
„taraskue” „szwagrowie”, szyderczego przydomku nadanego
przez konkwistadorów Indianom, którym gwałcili kobiety). Szok był mniejszy.
Nie przypominał nurkowania, ale powolne zanurzenie. Nawiązałem przyjazne więzi
z Purhepechami z Tarecuato, z Angahuanu (u stóp wulkanu Pericutín). Nauczyłem
się ich języka dzięki wnukowi jednego z cabildos (przywódców religijnych)
z Tarecuato. Razem z żoną, Jemią, podjąłem się tłumaczenia na język
francuski „Relacji o Michoacanie”, książki-testamentu ludu
Purhepecha, spisanej w 1540 roku przez mnicha franciszkańskiego, Jeronima de
Alcalá. Stopniowo nawiązałem prawdziwe więzi z mieszkańcami tej społeczności;
niektórzy jej członkowie odgrywają ważną rolę w życiu państwa. Jeden
z przyjaciół Purhepecha, Agustino Jacinto, profesor na Uniwersytecie Michoacańskim,
uświadomił mi, jak dzielnie społeczność indiańska przeszła przez kolejne
wstrząsy podboju i globalizacji, zachowując nie tylko swoje tradycje i język,
ale również swój sposób myślenia i filozofię. „Relacja
o Mochoacanie” stała się jedną z najważniejszych książek tej nacji.
Podjęto się jej tłumaczenia na język oryginalny. Mam wrażenie, że w ciągu
10-15 lat byłem świadkiem odnowy kultury Purhepecha. Nastąpiły spotkania z
przedstawicielami innych kultur tubylczych, studenci medycyny zaczęli pobierać
nauki u szamanów z Chiapas, muzycy interesują się folklorem Zapoteków i Majów.
Dzięki temu, po latach grabieży i przesądów, Meksyk stał się na nowo
krajem, w którym Indianie mają swój wkład w funkcjonowaniu federacji. W
Peru, Boliwii, Brazylii obserwujemy podobne ruchy. W Stanach Zjednoczonych, w
rezerwatach Pueblo spotkałem indiańskich gości z Ameryki Łacińskiej:
Otawalo z Ekwadoru, Tzotzilów z Chiapas, przedstawicieli ludów Amazonii
brazylijskiej. Napawa to nadzieją tych, którzy, jak ja, wierzą w przyszłość
i konieczną w niej obecność pierwszych cywilizacji Ameryki. Rozmawiał
François
Armanet. ________________________ ©Zofia Kozimor |
|
| Powrót | ||