![]() |
![]() |
|
| Powrót | ||
|
|
Zajście
z Bascomem, które doprowadziło do jedenastoletniej wojny w południowo-wschodniej
Arizonie, rozpoczęło się banalnie. Było rezultatem pomyłek, niesłusznych
posądzeń i niekompetencji białych, inaczej mówiąc pogardy, z jaką odnosili
się oni do Indian, a która przejawiała się w fakcie, że poszlaki
automatycznie stawały się dowodami winy, hipotezy osądami, a sądzono i
skazywano szybciej niż myślano. Indianin był winny. Bez względu na to, co
zrobił, a czego nie zrobił, był winny. Tę logikę białych miał na własnej
skórze poznać Cochise. 27
stycznia 1861 roku dwie grupy Apaczów Zachodnich napadły na ranczo Johna Warda
położone 20 km na południe od fortu Buchanan. Jedna z nich uprowadziła 20 sztuk bydła,
druga dwunastoletniego chłopca imieniem Feliks[1]. Na miejsce zajścia wysłano
oddział wojska pod dowództwem George’a Bascoma, młodego porucznika pełnego
zapału, ale który nie miał żadnego doświadczenia w rozmowach z Indianami.
Inaczej mówiąc jego doświadczenie sprowadzało się do stereotypowych wyobrażeń
o Indianach i o tym, jak należy ich traktować. Chłopiec uprowadzony został na tereny Apaczów Zachodnich, Bascom uznał jednak, że ślady
odkryte w pobliżu rancza prowadzą w głąb kraju Chokonenów. To wystarczyło,
aby podejrzenie padło na grupę Cochise’a, podejrzenie, a więc
przekonanie i osąd. Rozporządzenia
amerykańskiego dowództwa wobec kradzieży bydła przez Apaczów były w tym
okresie ostre: « tropić, łapać i karać » rabusiów,
przy czym dowódcom oddziałów zostawiano wolną rękę w wyborze środków,
jakie miały być do tego użyte. Choć grupa Cochise’a nigdy nie posunęła
się do uprowadzenia białego, a takie incydenty zdarzały się Apaczom
Zachodnim, nie tracono czasu na kojarzenie faktów. Cochise, oskarżony przez ogół
o liczne kradzieże bydła, miał zapłacić przy okazji za małego Feliksa.
Feliks Ward vel Mickey Free, wiele lat później, jako zwiadowca w amerykańskiej armii. Na
czele 54 żołnierzy, w towarzystwie poszkodowanego Johna Warda, Bascom udał się
na Przełęcz Apaczów. Kolumna spotkała po drodze oddział 13 żołnierzy
prowadzonych przez sierżanta Daniela Robinsona, który dołączył do Bascoma.
Wojsko stanęło w zajeździe dyliżansów 3 lutego 1861 roku, gdzie przybyłych
przyjęli pracownicy postoju, James Wallace i Charles Culver. Tu przesłuchano
dwie kobiety, półkrwi Indianki, które o porwanym chłopcu nic oczywiście nie
wiedziały. Wysłano je do Cochise’a z wiadomością, że żołnierze chcą
z nim porozmawiać. Oddział Bascoma rozbił obóz półtora kilometra od
zajazdu. Cochise
nie od razu odpowiedział na wezwanie Bascoma, prawdopodobnie pchnął posłańców
do Apaczów Zachodnich, by uzyskać wiadomości o porwanym dziecku. W
południe następnego dnia, 4 lutego, Cochise ciągle nie nadchodził i Bascom
zaczął tracić cierpliwość. Wysłał do obozowiska Apaczów Wallace'a, by
wodza Chiricahua przynaglić. Cochise przybył tego dnia wieczorem w
towarzystwie brata Coyuntury, dwóch wojowników, prawdopodobnie bratanków, żony
i dwojga dzieci, w tym kilkuletniego syna Naiche. Świadczyło to, że nie
spodziewał się żadnych trudności i pewien był przyjaznego przyjęcia.
Cochise, Coyuntura i jeden z wojowników weszli do namiotu na rozmowy. Po skończonym
posiłku Bascom przeszedł do nurtującego go tematu. Ward podjął się tłumaczenia.
Cochise zapewnił, że to nie jego grupa uprowadziła chłopca, że ten znajduje
się prawdopodobnie u Apaczów Coyotero i że jeśli Bascom da mu 10 dni, zrobi
wszystko, co w jego mocy, by chłopca sprowadzić. Apacze Coyotero byli
autonomiczną grupą Apaczów Zachodnich i starania Cochise'a mogły oczywiście
zakończyć się fiaskiem. Propozycja Cochise’a, uczciwa i rozsądna, byłaby
na miejscu wobec Stecka, wobec każdego, kto traktował Indian jak ludzi i nie
podawał z góry w wątpliwość ich uczciwości, prawdomówności i dobrej
woli. Cochise trafił jednak na Bascoma. Ciekawe, że w raportach ze zdarzenia
Bascom zeznał, iż zgodził się na tę propozycję i pozwolił Cochise'owi
spokojnie odejść. Wiedział więc, jaka postawa licowała z postępowaniem
amerykańskiego oficera. Zrozumienie ex post tego, co jest godne, a postępować
godnie, to jednak dwie różne rzeczy. W rzeczywistości, za pośrednictwem
Warda, Bascom powiadomił Cochise'a, że zatrzymuje go wraz z jego ludźmi jako
zakładników, dopóki chłopiec się nie odnajdzie. To, czego 26-letni
porucznik nie powiedziałby 50-letniemu dowódcy, początkujący oficer człowiekowi,
któremu zaufały setki ludzi, biały mógł powiedzieć Indianinowi. Tędy
przebiegała linia podziału. Pozwoliła Bascomowi na niebywałą arogancję,
sankcjonowała jego samowolę wobec „dzikich”, z którymi można
robić, co się chce. Choć
Bascom zaświadczył w raportach, że pozwolił Cochise'owi odejść, świadectwa
wszystkich obecnych Amerykanów, oraz świadectwa Indian są jednomyślne.
Cochise uciekł. Ward nie skończył jeszcze tłumaczyć zdania, gdy Cochise i
Coyuntura „szybsi od błyskawic, wyciągnęli ukryte w ubraniach noże,
rozcięli płótno namiotu i wyskoczyli na zewnątrz, Cochise z przodu namiotu,
pod kulami tłumacza, Coyuntura z tyłu, gdzie potknął się, upadł i został
schwytany” (sierżant Robinson). Cochise przedarł się przez kordon
zaskoczonych żołnierzy, którzy na uprzedni rozkaz Bascoma otoczyli namiot. Na
okrzyk porucznika „strzelać” Ward otworzył ogień i w kilka sekund
w kierunku indiańskiego wodza posłano pół setki kul. Cochise ranny został w
nogę, niemniej udało mu się dobiec na szczyt wzgórza. Gdy znalazł się poza
zasięgiem ognia, zorientował się, jak sam później przyznał, że w ręku ciągle
trzyma filiżankę od kawy. Pozostali Indianie zostali zatrzymani, a jeden
wojownik zabity.
Po lewej stronie wzgórze, na które uciekł Cochise. Obóz Bascoma rozbity był u stóp wzgórza. Godzinę
później Cochise ponownie ukazał się na wzgórzu i chciał rozmawiać z
bratem, na co Bascom odpowiedział gradem kul. Według
świadectw obecnych wódz Chiricahua podniósł wtedy rękę, rzekł, że „krew
Indian jest równie dobra jak krew białych”, że on sam i jego grupa zostali
niesłusznie oskarżeni i przysiągł zemstę. Wieczorem
przezorny porucznik kazał zwinąć obóz i przeniósł się z oddziałem do
zajazdu dyliżansów. Następnego
dnia, 5 lutego, Chokoneni zebrali się na wzgórzu 200 m na południe od
zajazdu. Wywiesili białą flagę, na co tym razem Bascom odpowiedział
przytomnie. W połowie drogi między wzgórzem i zajazdem spotkały się dwie
delegacje, po cztery osoby każda. Okazało się jednak, że nawet jeśli wywiązał
się dialog, był to dialog głuchych. Cochise powtarzał i przekonywał, że
nie ma chłopca, prosił też o uwolnienie swoich ludzi. Bascom upierał się,
że uwolni ich, kiedy chłopiec zostanie oddany. Jeśli Indianie nie mieli w
swoim słowniku słowa absurd, po spotkaniu z Bascomem musieli brak tego słowa
zacząć odczuwać. Sytuacja stawała się pokazowo absurdalna. Jej
niedorzeczność musieli dobrze odczuć Amerykanie z otoczenia Bascoma. Rozumiejąc,
iż swymi żądaniami Bascom zmierza prosto w mur, trzej pracownicy postoju dyliżansów,
Wallace, Culver i Welch, dobrze znający Chokonenów,
wyszli z zajazdu, aby przejąć sprawy w swoje ręce i porozmawiać z Indianami.
Bascom rozkazał im natychmiast wrócić i zastrzegł, że nie wymieni ich na jeńców
indiańskich. Trzej Amerykanie nie posłuchali, wysunęli się przy tym zbyt
daleko i zostali otoczeni przez Indian. Widząc to Cochise i Francisco, wódz
Apaczów Białogórskich, odbiegli z miejsca negocjacji, Indianie i Amerykanie
otworzyli ogień. W wirze walki, jaka się wywiązała, Welchowi i Culverowi udało
się oswobodzić i uciec w stronę zajazdu. Culver został ranny, ale szczęśliwie
doprowadzono go do budynku. Welch dobiegł do wybiegu dla koni, gdzie został
zastrzelony przez żołnierzy Bascoma, którzy wzięli go za Indianina. Siły
Apaczów Bascom hojnie ocenił na 500 wojowników, wśród których obecny był
Mangas Coloradas. Wallace
dostał się w ręce Indian, którzy mieli teraz jednego zakładnika. Cochise,
wierząc jeszcze, że negocjacje toczą się na płaszczyźnie rozumnej, liczył,
iż Bascom zgodzi się wymienić nań zatrzymanych Indian. Miał ciągle nadzieję
na porozumienie. Dlatego następnego dnia rano żołnierze mogli spokojnie wyjść
z zajazdu i napoić muły przy pobliskim źródle. Bascom
jednak nie zmienił zdania. W zamian za Indian żądał nieodmiennie wydania chłopca.
Upór Bascoma zdawał się wskazywać, iż przestały działać racjonalne przesłanki,
najwyraźniej ważne było już nie tyle odnalezienie dziecka, co
zademonstrowanie autorytetu wątpiącym żołnierzom. Najpierw posłuszeństwo
Bascomowi wymówili cywilni pracownicy zajazdu, teraz przyszła kolej na
wojskowych. Według niektórych świadectw sierżant Reuten Bernard począł
usilnie nalegać, aby jego przełożony zgodził się na wydanie jeńców za
Wallace'a. Rady te zostały przez porucznika kategorycznie odrzucone. Historyk
Donald Worcester, biorąc Bascoma w obronę, dementuje te pogłoski, dowodząc,
że żaden wojskowy nie dopuścił się podobnej niesubordynacji. Według innej
legendy rozpowszechnionej przez wiele książek, rozwścieczony Cochise, widząc
odmowę Bascoma, miał przywiązać Wallace'a do swego konia i ciągnąć go po
ziemi, aż ten wyzionął ducha. Legendę tę dementuje z kolei Edwin Sweeney,
podkreślając, że żaden z amerykańskich świadków o tym fakcie nie wspomniał,
nie mówiąc już, że przynajmniej dobę jeszcze widziano Wallace'a żywego. Ponieważ
jeden Wallace nie wystarczył do wymiany uwięzionych Indian, sprawą naglącą
stało się dla Apaczów zatrzymanie więcej osób. Sądzili jeszcze, że
uwolnienie Indian jest kwestią ilości jeńców. Logika ta rzeczywiście
sprawdzała się w ich negocjacjach z Meksykanami. Tego dnia nadarzyły się do
tego dwie okazje. Około trzeciej po południu miał nadjechać od wschodu dyliżans,
którego pasażerowie nieświadomi byli zaistniałego niebezpieczeństwa. Apacze
zatarasowali drogę kamieniami, nazbierali też dużo suchej trawy, by ją w
odpowiednim momencie podpalić. Plan ten jednak spełzł na niczym, gdyż dyliżans
przyjechał osiem godzin przed czasem. W momencie, gdy pasażerowie dojeżdżali
szczęśliwie do zajazdu, nadarzyła się druga okazja. Pięć wielkich wozów z
workami mąki zbliżało się od zachodu. Indianie zaatakowali konwój u wejścia
na Przełęcz, schwytali trzech Amerykanów i dziewięciu Meksykanów. Zabrali
też wszystkie muły. Meksykanie zostali przywiązani do kół wozów,
torturowani i spaleni razem z konwojem. Amerykanów natomiast zaprowadzono do
obozu Chokonenów jako zakładników. Jeszcze
tego wieczoru Cochise nakazał Wallace'owi napisać list do Bascoma z wiadomością,
iż ma czterech zakładników do wymiany. Kartka została przyczepiona do krzaka
na wzgórzu. List ten bądź nie został zauważony, bądź Bascom obawiał się
zasadzki, w każdym razie nie udzielił Apaczom żadnej odpowiedzi. Ponieważ w
raportach ze zdarzenia napisał, iż wiadomość odebrał, brak reakcji na
propozycję Cochise’a oznaczał kolejną odmowę rozwiązania konfliktu. W ten właśnie sposób musiał to zrozumieć wódz Chokonenów. Indianie przygotowali co prawda jeszcze jedną zasadzkę na dyliżans z Tucson, który miał przyjechać do zajazdu rankiem następnego dnia. Zniszczyli kamienny mostek i zatarasowali drogę kamieniami, zdeterminowani podróżni dojechali jednak do zajazdu cało. Była to już ostatnia próba zdobycia jeńców. Wobec uporu Bascoma, Apacze nie próbowali więcej zatrzymywać zakładników, nie próbowali też negocjować; pokojowe rozmowy były dla nich zakończone.
Widok na Przełęcz z postoju dyliżansów. Amerykanie
nie od razu to zrozumieli. Ku ich ogólnemu zdziwieniu dzień upłynął
spokojnie, żołnierze mogli napoić konie przy źródle, żaden Apacz nie
pojawił się w sąsiedztwie zajazdu. W rzeczywistości Cochise przeniósł obóz
na południe, w głąb gór Chiricahua, kobiety, dzieci i starców odesłał
daleko, w obozie zostawił tylko wojowników swoich, Francisco i Mangasa
Coloradas. Apacze przygotowywali się do zbrojnego odbicia jeńców. Jest bardzo
możliwe, że wtedy właśnie zgładzeni zostali zatrzymani Amerykanie. Jeśli
tak, to w tym momencie rozpoczęła się wojna Apaczów z Amerykanami. Tego
wieczoru Apacze przygotowywali się do walki, szykowali stroje i amulety mające
chronić ich przed kulami, wykonali wojenne tańce, modlili się. Ofensywa
Cochise'a była dobrze pomyślana. Pierwszy atak, dywersyjny, miał nastąpić
przy źródle, gdy żołnierze skończyli poić muły. Cochise miał nadzieję,
że Bascom osłabi siły zajazdu, wysyłając na odsiecz żołnierzy. Wtedy
silniejsza grupa Indian uderzyłaby na zajazd, aby uwolnić więźniów. Był to
plan odważny i dobrze pomyślany. Rano
8 lutego Amerykanie wyprowadzili muły do wodopoju. Cienka warstwa śniegu
wskazywała, że nikogo przy wodopoju nie było. Tego dnia Bascom popełnił błąd,
wysyłając wszystkie muły naraz, a nie w dwóch partiach, jak zwykle. Gdy żołnierze
zaczynali się wycofywać, zauważyli grupę Indian zbliżających się szybko,
aby odciąć drogę do zajazdu. Robinson tak ich opisał: „Gotowi do
walki, byli nadzy i pomalowani, śpiewali wojenną pieśń. (...) Szli odkryci
tak odważnie, jakby myśleli, że bez trudu zetrą wszystko po drodze.” Żołnierze
otworzyli natychmiast ogień, raniąc kilku Indian, których szereg na chwilę
się załamał. Ale Apacze niebawem powrócili i przechwycili wzgórze nad źródłem.
Wszystkie muły rozpierzchły się po górach. Po usłyszeniu wystrzałów,
Bascom wysłał na odsiecz mały odział, który przybył na przełęcz wraz z
dyliżansem, zostawiając swój własny w zajeździe. W tym czasie silna grupa
Apaczów prowadzona przez Cochise'a pojawiła się naprzeciw zajazdu. Bascom
zareagował szybko, mobilizując swych ludzi do odparcia ataku. Frontalne
natarcie w takiej sytuacji byłoby niezwykle krwawe. Wobec silnej grupy Bascoma
Cochise nie miał szans na uwolnienie jeńców. Apacze wycofali się, bitwa była
skończona. Amerykanie stracili 56 mułów, zginął woźnica dyliżansów,
ranny został Robinson. Apacze stracili kilku wojowników. Indianie nie
podejmowali więcej prób uwolnienia zakładników. Amerykanie czekali na
dodatkowe oddziały i spodziewali się kolejnych ataków, dla Indian sprawa
była zakończona. Apacze Francisco i Mangasa Coloradas udali się w kierunku
rzeki Gila, Cochise odszedł do Sonory, zgładziwszy przedtem swych zakładników,
jeśli nie uczynił tego w przeddzień. Ciała ich zostały zostawione na drodze
tak, by ich pobratymcy mogli je łatwo odnaleźć. Wszelkie nadzieje na
porozumienie zostały pogrzebane. Dla Indian w negocjacjach z Bascomem nie było
ich nigdy. W
sobotę 9 lutego z Fortu Buchanan wyruszył na odsiecz Bascomowi oddział 14 żołnierzy
pod dowództwem chirurga Johna Irwina. Ranni żołnierze Bascoma potrzebowali
opieki lekarskiej. Oddział starł się po drodze z grupą Apaczów Zachodnich i
wziął do niewoli 3 Indian. Przybywając na Przełęcz żołnierze odkryli
okaleczone ciała amerykańskich zakładników. Pochowano je sto metrów od
spalonego konwoju. Los indiańskich więźniów był teraz przesądzony. Większość
cywilów, oficerów i żołnierzy domagała się powieszenia Indian. Sam Bascom
był niechętny tej decyzji, którą podjął porucznik Moor. Coyuntura, dwaj
bratankowie Cochise'a i trzej Apacze schwytani przez Irwina zostali powieszeni
wysoko na dębach, niedaleko miejsca, gdzie pochowano ciała amerykańskich zakładników
i spalono meksykańskie wozy. Indianie prosili, aby ich nie wieszać, ale
rozstrzelać, ale prośba ta została oczywiście odrzucona. Wtedy skazańcy
zaintonowali pieśń śmierci, Coyuntura szedł na szubienicę tańcząc i śpiewając,
wyliczając zwyczajem Apaczów ostatnie trofea wojenne. Po egzekucji
Bascom powrócił do Fortu Buchanan, gdzie zredagował raport, w którym
przeinaczył i nie dopowiedział wiele faktów, ukrywając najbardziej rażące,
błędne decyzje. Za swoją postawę wobec Indian dostał od dowództwa pochwałę.
Zginął rok później zabity przez konfederatów podczas wojny secesyjnej. Sprawa
Bascoma była szeroko komentowana przez historyków. Cochise'owi zarzucono, iż
nie umiał zapanować nad gniewem i pozwolił na zabicie i torturowanie zakładników.
Dla Amerykanów byłoby niewątpliwie lepiej, gdyby wódz Chiricahua kontynuował
groteskowy dialog z Bascomem, pozwolił się uwięzić i czekał na zmiłowanie.
Można się zastanowić, jaką dawkę złej woli, arogancji i niedorzeczności
znieśliby sami Amerykanie. Ale komentatorzy, zarówno obecni przy zajściu, jak
i współcześni, szczególnie surowo ocenili Bascoma, podkreślając jego
karygodną arogancję i nieudolność. Jedynie Donald Worcester w doskonałej skądinąd
książce Apacze, orły Południowego Zachodu bierze Bascoma w obronę,
dowodząc, iż to nie on wydał rozkaz powieszenia Indian. Historyk nie zauważa
jednak, że sam rozkaz był już tylko nieuchronnym następstwem monstrualnego
spiętrzenia nieudolnych posunięć. Przez swą niezręczność, ośli upór i głupotę
Bascom doprowadził do takiego rozgrzania namiętności po obu stronach, że
nawet gdyby nie wydano rozkazu zabicia Indian, zostaliby oni prawdopodobnie
przez Amerykanów zlinczowani. Podobnie Cochise dużo wcześniej zrozumiał, że
na porozumienie z białymi nie ma żadnej nadziei i że nie odzyska swej
rodziny. Obiegowa opinia, której
trybunem stał się Bascom, skazała Indian zaocznie, zanim ci dowiedzieli się,
że są w ogóle o cokolwiek posądzeni. Oczywiście Cochise mógł kajać się,
prosić, poniżać, dyskutować, przekonywać, przepraszać. To co należało do
logiki białych, nie należało do logiki Indian. W pojęciu Cochise'a
brat jego został pogrzebany, zanim go faktycznie stracono. Podobnie żona i
dzieci. Tych ostatnich zresztą wódz Chiricahua odzyskał. Odesłani zostali z
fortu Buchanan. Cochise do końca życia był jednak przekonany, że los ich
został rozegrany podczas gry w karty. Tę wersję zdarzeń potwierdził
policjant Oberly, obecny na miejscu zajścia. Dla
południowo-wschodniej Arizony skończył się czas pokojowego współżycia.
Dla Indian skończył się raz na zawsze czas złudzeń wobec białych. Naglące
stało się dla nich pytanie, jak się od nich uwolnić, jak ich oddalić, jak
przeżyć. Ostrożność wobec Amerykanów przerodziła się w instynktowną
nieufność, rezerwa w głuchą nienawiść. Bascom był kamykiem, który wywołał
lawinę, ale gdyby nie trafił się ten kamyk, trafiłby się jakiś inny.
Porucznik był doskonałym produktem swoich czasów. Na ziemi, którą
Europejczykom „dała Opatrzność”, nie brakowało Bascomów. Począwszy
od lutego 1861 roku w południowo-wschodniej Arizonie rozgorzała wojna. [1] John Ward przybył do Arizony w 1850 roku. Miał ranczo w Sonoita Creek, gdzie żył z Meksykanką, byłą branką Apaczów Zachodnich, Jesusą Martinez, i jej dziećmi. Mały Feliks był półkrwi Apaczem i dlatego prawdopodobnie został przez Apaczów porwany. Feliks, znany później jako Mickey Free, spędził resztkę życia wśród Apaczów Zachodnich. W latach 1870 i 1880 był zwiadowcą w amerykańskiej armii. Zmarł w 1915 roku w rezerwacie Fort Apache. Zdjęcia z Przełęczy Apaczów, gdzie odbyły się opisane zdarzenia, znajdziesz w dziale Galeria. Bibliografia: 1. Edwin R. Sweeney, Cochise, Chiricahua Apache Chief, University of Oklahoma Press, 1991. 2. Edwin R. Sweeney, Cochise i jak doszło do "zajścia z Bascomem", tłum. A. Sudak, Tawacin nr 50, lato 2000. 3. Donald E.
Worcester, Apacze, Orły
Południowego Zachodu, tłum. A. Sudak, Wyd. Tipi, Wielichowo, 2002 ________________________ ©Zofia Kozimor
|
|
| Powrót | ||