![]() |
![]() |
|
| Powrót | ||
|
|
Dwugłos
o Aztekach
Po
jaki temat sięgają dziś żurnaliści żądni epatowania czytelników? Gdy
wyczerpią się wszystkie dyżurne tematy gwarantujące poczytność, sięga się
po okrucieństwa Azteków. Przy okazji kolejnego rewelacyjnego odkrycia, jak i
bez niego, Aztekowie są wdzięcznym tematem. Czego dowiadujemy się z tych
artykułów? O osiągnięciach cywilizacyjnych Azteków? Nie. O ich poezji i
filozofii? Skąd! O ich lękach i nadziejach? Też nie. Dowiadujemy się po raz
n-ty, że Aztekowie zabijali. I to jak zabijali. Od rana do nocy obdzierali ze
skóry, wyrywali serca, mordowali dziewice i dzieci, ciała spychali ze schodów
piramid (koniecznie kopniakiem), lała się krew i oddawano się ludożerczym
bachanaliom. Bez względu na temat zaanonsowany w tytule, artykuł staje się
wyczerpującym rejestrem wymyślnych okrucieństw Azteków. A suchy rejestr
tortur wywołuje dreszcz grozy, całkiem pożądany, i konkretyzuje się w pełnych
oburzenia epitetach: ponury, straszny, przerażający, makabryczny, koszmarny.
Po lekturze kolejnego artykułu przekonujemy się po raz kolejny, jakimi to
potworami byli Aztekowie. Kiedyś
Lévi-Strauss zauważył, że jeśli chodzi o okrucieństwo, które jest
zjawiskiem uniwersalnym, w historii ludzkości wyłania się rzeczywiście kilka
potworów. Ale palmę pierwszeństwa w tym smutnym konkursie, przydzielił, o
dziwo, ludziom Zachodu.[1]
Dlaczego
więc w kolejnych artykułach nie epatuje się czytelnika wyliczaniem okrucieństw
z własnego podwórka? A przecież jest w czym wybierać. Od Rzymian rozkoszujących
się zabijaniem podczas igrzysk, przez inkwizytorów stosujących najbardziej
wymyślne tortury, kolonizatorów cywilizujących owych okrutnych Indian w sposób
nie mniej okrutny, po okrucieństwa XX wieku, wobec których bledną średniowieczne
sale tortur. A i początek tego wieku ma już słuszne w tej dziedzinie osiągnięcia.
Dlaczego więc
nie możemy wybaczyć Aztekom? Problem
z Aztekami jest taki, że nie tyle same okrucieństwa wydają nam się nie
do przyjęcia, ile przyczyna tych okrucieństw. Nie tyle z zabijaniem nie możemy
się pogodzić, ile z brakiem konkretnego, logicznego, zrozumiałego powodu. Bo
to, że zabijali, by nakarmić bogów, nie może
nam się pomieścić w głowach. Podobny sceptycyzm budzi zresztą boski zakaz
zabijania. Z pozostałymi zakazami wcale nie jest lepiej. A boskie nakazy miłosierdzia
i wybaczania wydają się dziś chimerą. Bez względu na wyznawany światopogląd,
trudno jest nam, indywidualistom, panom naszego losu, nadającym osobiście sens
naszemu życiu, zrozumieć odgórne nakazy, a jeszcze trudniej ugiąć się pod
nimi. Azteków opętania bogami nie przyjmujemy do wiadomości, nie rozumiemy,
nie możemy pojąć. Bo gdyby zabijali w imię ziemi czy złota, sprawa byłaby
jasna. Gdyby zabijali w imię bogactw, wpływów, złóż ropy naftowej czy uranu, nie tylko byśmy ich zrozumieli, ale może i poparli, w zależności od tego, co jaka ideologia włożyłaby nam do głowy.
Ale zabijać, aby nakarmić bogów, aby podtrzymać niebo? To jakby zabijać bez
powodu. Ci Aztekowie byli jednak koszmarni. Ponieważ
zabijanie z boskich nakazów wydaje nam się co najmniej szalbierstwem, szukamy
przyczyn racjonalnych. Rytualny kanibalizm Azteków tłumaczono brakiem białka
w ich diecie, a rytualne mordy działaniem grzybów halucynogennych. Ci jednak,
którzy odrzucają podobne tłumaczenia, znajdują się w kropce. Wśród nich
autorka książki o Aztekach, Inga Clendinnen[2],
która okrucieństw Azteków pojąć nie może. „Jesteśmy w stanie
przynajmniej częściowo zaakceptować - pisze - rzymskie cyrki i owo
szaleńcze podniecenie gwałtowną, śmiertelną walką, podniecenie, które
udzielało się zarówno jej protagonistom, jak i publiczności”. (Że też,
przy wymienianiu powodów, dla których moglibyśmy zrozumieć okrucieństwo
Azteków, nie przyszedł mi do głowy ten jeden: zabijanie dla zabawy). I
autorka dodaje: „To, co przejmuje nas dreszczem w starannie opracowanym
scenariuszu okrutnych ceremonii Mexików, to połączenie przemocy z pozornie
bezosobową, biurokratyczną rzeczowością”, ich „przerażający
utylitaryzm”. Jeśli autorka książki o Aztekach nie zrozumie sensu
ceremonii, które stanowiły podstawę życia tego ludu, czego więc wymagać od
innych? Nawiasem mówiąc, owa „biurokratyczna rzeczowość” wyziera,
owszem, z artykułów, które ograniczają się do wyliczania
okrucieństw Azteków, a ich „przerażający utylitaryzm” powstaje w
wyniku racjonalnej, naukowej, pozornie beznamiętnej, w gruncie rzeczy wartościującej,
interpretacji zjawisk, których nie rozumiemy. Praca Ingi Clendinnen jest dobrym
tego przykładem. Autorka podchodzi do rytuałów Azteków od strony
psychologicznej, socjologicznej, ekonomicznej, historycznej, analizuje
drobiazgowo wszystkie możliwe uwarunkowania, nie wgłębia się tylko w
filozofię ludu, którego kultura i życie były wcieleniem filozofii. Owszem
wie, że aby zrozumieć te ceremonie trzeba „coś wiedzieć o zakresie i
strukturze imaginacyjnego świata Azteków”, tu i ówdzie przypomina o
roli sacrum, uważa jednak, że „przede wszystkim należy ustalić
zewnętrzne okoliczności tych praktyk”. I ustala. Dowiadujemy się, skąd
Aztekowie brali „towar” na ofiary „masowych rzezi”, jak
traktowali ów towar za życia i jak wyglądała „przeróbka” ich
ciał po śmierci. Poznajemy „starannie opracowane scenariusze”
ceremonii, „wykalkulowane przedstawienia”, i „wyrafinowane
metody” zabijania. Wszystko, rozumie się, wykonywane z zimną premedytacją.
Dowiadujemy się, że ofiary Mexików „były tylko i wyłącznie
ofiarami”, a ich niewinnej śmierci nie można usprawiedliwić nawet karą.
Wielkim problemem autorki jest wytłumaczenie uległości i potulności
prowadzonych na rzeź ludzi. Widzi je w „wyobcowaniu społecznym i
psychicznym, w demoralizacji, oszołomieniu i strachu”. Trudno w to
uwierzyć, są więc kolejne wyjaśnienia. Autorka opisuje „manipulowanie
towarem ludzkim”, stosowanie „perfidnych praktyk”
wyrachowanych kapłanów, w których widzi „impresariów bardziej niż
ascetów”, oraz „organizatorów świadomie zamierzonego ataku na
zmysły” ludzi. Z kapłanami ma jednak problem. Okazuje się bowiem, że są
oni nie tylko impresariami i manipulatorami, ale również „tytanami
samoudręczeń”. Sensu tych praktyk autorka nie pojmuje: „Nie wiemy,
jak rozumiano tę ponurą powinność i jaki był sens tych wszystkich samoudręczeń,
była to jednak czynność stała i nieunikniona”. I choć niezrozumiałych
zjawisk nie można wytłumaczyć, można je zawsze opisać. Autorka opisuje więc
ofiary z dzieci, którym podrzynano gardła, ofiary z tzw. „wykąpanych
niewolników”, których zniewalano pieszczotami i alkoholem, w końcu
ofiary składane z prestiżowych wojowników, których motywacje
porównuje do motywacji gwiazdorów podziwianych przez tłum.
Zapoznajemy się więc z wachlarzem wszystkich możliwych przyczyn uległości
ludzi i perfidii kapłanów, wszystkich oprócz religijnych. Autorka dokonuje też
odkrycia. Twierdzi mianowicie, że „Mexikowie widzieli niewątpliwie w
swych ofiarach istoty ludzkie, jednakże inne, to znaczy nie takie, za
jakie sami się uważali”. Sugeruje więc, że choć w rytualnych zabójstwach
Azteków jest jeszcze wiele niejasności, to stwierdzenie, iż zabijali oni nie
swoich, lecz innych, „stanowi już krok naprzód”! Osobiście, po
wywodzie Ingi Clendinnen, chciałabym zrozumieć jedno. Po co w tym zabijaniu
dla zabijania, jeśli odrzucić posądzenie o perwersję, Aztekowie zadawali
sobie tyle trudu, żeby te skomplikowane ceremonie przygotować, jeśli sprawę
można było załatwić szybko i bez ceregieli? Tłumacząc drobiazgowo zewnętrzne
okoliczności okrutnych praktyk, autorka nie tłumaczy niczego. Tworzy kolejny
katalog zbrodni, sowicie okraszony wyrazami niedowierzania i oburzenia.
Wspominane od czasu do czasu sacrum staje się teoretycznym założeniem,
konstrukcją czysto intelektualną i tak abstrakcyjną, że sama autorka nie
jest w stanie w nią uwierzyć. Racjonalne, naukowe spojrzenie na kulturę
zasadzoną całkowicie na intuicyjnym poznaniu musi prowadzić do niezrozumienia, gdyż siłą rzeczy opiera się na niewiedzy.
Trudno też nie pomyśleć, że sam sposób przedstawienia obcej kultury, jak i język
do tego użyty mogą stanowić formę jej ujarzmienia. Końcowa teza o zabijaniu
„innych” też budzi wątpliwości. Relacja o Michoacanie,
autentyczny przekaz indiański, opisuje ofiary z ludzi składane przez Purhepechów
(Tarasków), bliskich sąsiadów Azteków. Można przypuścić, że motywacje
tego ludu były podobne. Dla autorów Relacji śmierć na kamieniu
ofiarnym nie była karą, lecz honorem i posiadała głęboki sens. Kiedy
wrogowie schwytali syna Tariacuri, króla Tarasków, ten poczuł się dumny:
„Tak, jestem szczęśliwy, gdyż nakarmiłem słońce i bogów niebios. Spłodziłem
głowę, którą zetną, spłodziłem serce, które wyrwą. Mój syn stał się
słodkim chlebem, najlepszym zbożem. Nakarmiłem nim do syta cztery strony świata.”
Więc kiedy kapłani wrogiego ludu, z obawy przed represjami, postanowili królewskiego
syna oszczędzić i odesłać do ojca, pogrążyli w rozterce zarówno jednego, jak
i drugiego: „Co mówicie? Ja nie mogę odejść. Nasz bóg Curicaueri już
mnie podeptał nogami. Niebiescy bogowie wiedzą, że jestem waszym więźniem i
już mnie spożyli”. Ponieważ kapłani nie ośmielili się królewicza
zabić, kazał go zabić i poświęcić na ołtarzu jego ojciec, król Tariacuri[3]. Ceremonie Azteków opisał hiszpański duchowny Bernardino de Sahagún. Był nimi przerażony, ale, o zgrozo, zafascynowany. Interpretował je po swojemu, oceniał według swoich wartości, ale doskonale pojął ich głęboki sens. Bezbłędnie dostrzegł w nich prastare opętanie bogami, wiarę absolutną, głęboką, wszechobecną i ogarniającą wszystko. I on, duchowny, odkrył nagle, że tak silna wiara jest mu obca. Jeśli czegoś w ceremoniach Azteków nie mógł pojąć, to żarliwości owej wiary, owego całkowitego, absolutnego poddania się bogom czy demonom. Stąd jego przerażenie i fascynacja. Duchowny potępia opisywane święta, ale udziela mu się ich magia, ich szaleństwo. W ten sposób odczytał opisy Bernardina de Sahagún Jean-Marie Le Clézio. Pisarz jest doskonałym znawcą świętych tekstów Mezoameryki, dokonał znakomitego tłumaczenia na język francuski Relacji o Michoacanie i Ksiąg Chilam Balam, zgłębił religię i filozofię tych ludów, ich sposób myślenia, ich koncepcję świata. Podążając śladem Bernardina de Sahagún, pisarz przedstawia azteckie ceremonie w swej niezwykłej książce Meksykański sen albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki. Nie ukrywa ich okrucieństwa, ale próbuje oddać ich sens. Opisuje piękno tych świąt, które za hiszpańskim kronikarzem, przedstawia w sposób sugestywny i zrozumiały. Ponieważ z takim podejściem do świata Azteków i z taką próbą interpretacji ich rytuałów nieczęsto się spotykamy, przytaczam kilka fragmentów tej niezwykłej książki: Sen
o początkach
„Rytuały.
To one tworzą historię Indian Nowej Hiszpanii. To one formują naturę tych
ludów. Obrzędy codzienne i na wielkie święta są więzią łączącą ludzi,
przekazującą im sekretną moc bogów. Dla tych ludów magicznych bogowie są
wszystkim, świat rzeczywisty nie liczy się wcale. Rytuały zastępują
prawa, sztukę, moralność, historię, nawet język. Dla Bernardina de Sahagún,
człowieka renesansu bardziej niż duchownego, równie silna wiara, podobna moc
magii są
więcej niż zadziwiające, są niezrozumiałe. Niemniej niezrozumienie żarliwości
Indian, przerażenie wobec krwawego okrucieństwa ich religii ustępują
ciekawości, jakby Bernardino de Sahagún odczuwał czasami zawrót głowy wobec
piękna i siły tej magii. Może pojawia się wtedy po raz pierwszy w łonie
starzejącego się społeczeństwa Zachodu zauroczenie ludami
„pierwotnymi”, których życie i wiara są tak nowe, tak prawdziwe.
Krwawy i okrutny rytuał Azteków nie jest dekoracją; jest życiem i śmiercią,
wspaniały, mieniący się maskami, kostiumami, bogactwem piór, złota, turkusów.
Nieoczekiwanie, przy okazji wstrząsu, jakim była konkwista, ponury, purytański człowiek
chrześcijańskiej inkwizycji spotyka ludy, które podczas brutalnych i oszałamiających
obrzędów utożsamiają się z bogami. Wstrząs konkwisty jest również wstrząsem
dla konkwistadora: napełnia go obawą i przynosi upojenie. W
rytuałach Azteków opisanych przez Bernardina de Sahagún uderza niezwykła
drobiazgowość w oddaniu każdego szczegółu, każdego ubrania, każdego
malowidła na ciele tancerzy, każdego instrumentu, który niosą. Sahagún
notuje po hiszpańsku zwroty przekazane ustnie przez katechizm calmecac,
owych wojennych i kapłańskich szkół Indian. Wyczuwa się wyraźnie, że
hiszpański kronikarz zafascynowany jest tym pogańskim katechizmem, olśniony
jego splendorem, jego żarliwością. Tancerze, wojownicy, kapłani, nawet
ludzie, których składa się w ofierze, przestają być zwykłymi śmiertelnikami;
stają się bogami, których rytuał przenosi do innego świata, a tym samym
uwzniośla, przekształca ich istnienie. Następuje prawdziwe przemienienie. W
dodatku do księgi II, mówiąc o święcie Ixnextiua, co znaczy
„Poszukiwanie przeznaczenia”, Sahagún notuje: „Powiadali, że
podczas tego święta wszyscy bogowie tańczą, dlatego ci, którzy tańczyli,
przebierali się, jedni za ptaki, inni za zwierzęta, niektórzy przekształcali
się w tzintzones (kolibry), inni w motyle, szerszenie, muchy bądź żuki. Inni jeszcze nosili na plecach śpiącego
mężczyznę i mówili, że
to sen”. Sakralne
tańce, drobiazgowo przygotowywane w okresie świąt, są wyobrażeniem innego świata
i jego bogów, wykazują uprzedniość magii i mitu względem życia
rzeczywistego. Właśnie to niepokoi i fascynuje Sahagúna, i każe mu sporządzić
owo pogańskie kompendium. Dwadzieścia lat po masakrach podboju, kiedy wszystko
zniknęło na zawsze, czar słów ostatnich świadków sprawia, że na pustyni
wyłaniają się fantastyczne postaci tancerzy, kapłanów, muzyków oraz bogów,
którzy zeszli do swego ludu, aby uczestniczyć z nim raz jeszcze w tajemniczych
rytuałach. Święto
słońca, święto ognia, święto wojny, święto wody, kobiet, kupców. Najważniejsze
obrzędy przenoszą ludzi do innego królestwa, którego nie dotknęła klęska.
Obserwując te figury, gesty, pomalowanie twarze, nakrycia głowy z piór,
wysadzane szmaragdami tarcze, słysząc obsesyjny rytm bębna, dźwięk trąb i zaklęcia,
wdychając jeszcze zapach kadzidła i cierpki zapach ofiarnej krwi, hiszpański
kronikarz ulega fascynacji magią. I oto jego książka przestaje być suchym
rejestrem, staje się podróżą w przeszłość, do źródeł czasu, źródeł
tajemnicy. Tutaj, w tym pięknym i brutalnym świecie, każda chwila dnia i nocy
poświęcona jest bogom i siłom nadprzyrodzonym. Każda rzecz, każda istota
mają swoje miejsce w świętym tańcu. Dzięki kronice Bernardina de Sahagún
pamięć Indian pozwala i nam uczestniczyć w tym rytuale, pełnym
niepokoju i osobliwości. [...] Krew W
historii świata nie ma prawdopodobnie ludu równie zafascynowanego krwią.
Aztekowie są nią opętani, opanowani do obsesji, rzec można, posłuszni
magicznemu zaklęciu. Nie ulega wątpliwości, że dla Bernardina de Sahagún,
jak dla większości hiszpańskich kronikarzy, ta obsesja jest przejawem sił
diabelskich, paktu zawartego z demonem. Żaden lud nie wykazał podobnego pociągu
do ofiar – składanych ze zwierząt, głównie jednak z ludzi, obdzieranych
ze skóry, ćwiartowanych, palonych, którym wyrywano serca. Ten lud
cywilizowany, o dużym smaku, którego wiele osiągnięć przewyższało osiągnięcia
hiszpańskich zdobywców, lud uprawiający sztuki, filozofię, poezję,
potrafił wykazać się przy okazji rytualnych świąt niesłychanym okrucieństwem.
Ów stygmat okrucieństwa zawiśnie nad tą cywilizacją na długo po jej
zniszczeniu, jak degradujący symbol, znak niższości moralnej, który do dziś
ciąży nad ostatnimi przedstawicielami indiańskich nacji. Tymczasem,
jeśli dobrze rozważyć problem, meksykańskie ludy nigdy nie wykazały się
okrucieństwem takim jak Rzymianie podczas igrzysk w cyrkach. Okrucieństwo
Indian nie było bezcelowe. Stanowiło dzikość świętą, mistyczną, całkowicie
poddaną woli i upodobaniu bogów. [...] Krew
płynie podczas świąt religijnych, zarówno zwierząt, jak i ofiar ludzkich, krew płynie
z ran, które ludzie zadają sobie na znak pokuty. Dziś jeszcze krwawe ofiary
towarzyszą modlitwom niektórych ludów meksykańskich, takich jak Tarahumara czy
Huichol. Dla Indian modlitwa religijna związana jest przede wszystkim z
upuszczeniem krwi. [...] Ludzkie
ofiary przerażały hiszpańskich konkwistadorów, którzy widzieli w nich diabelską
perwersję. Czyż mogli zrozumieć to inaczej? Dla nich przelana krew nie zraszała
ani ziemi, ani nieba, przelewano ją w imię dóbr ziemskich, złota, niewolników, w imię potęgi hiszpańskiego króla. Rodzący się humanizm
Europy XVI wieku nie mógł pojąć magicznej mocy tego rytuału, jego
kosmicznego okrucieństwa. I
tak w świecie Indian każdego
dnia przelewano krew, aby dostarczyć tajemniczej przyjemności bogom,
którzy stworzyli świat i utrzymywali go przy życiu. Krew ludzi płynęła, aby
nie ustała równowaga kosmosu, aby co dzień pojawiało się słońce, płonął
ogień, płynęła woda i rodziła się kukurydza. Krew płynęła z rytualnych
ran, bez przerwy, z pokolenia na pokolenie, żeby ochronić żyjących od złowrogich
sił, żeby wypełnione zostało tajemnicze przeznaczenie. [...] Śmierć Opętanie
krwią to opętanie gwałtowną śmiercią. Obsesyjna myśl o śmierci osiągnęła u
narodów Mezoameryki stopień niebywały. Majowie, Toltekowie, Taraskowie,
Aztekowie żyli w pesymistycznym oczekiwaniu katastrofy. Księgi Chilam Balam, wieszczenia kapłanów,
wszystkie bez wyjątku legendy i mity mówiły o bliskiej śmierci. Indiańskie ludy podchodziły do wielkich
tematów filozoficznych z ostrością, jakiej nie znała żadna cywilizacja starego
świata. Dla Indian nie były to tylko idee filozoficzne, była to również
religia nadająca sens każdej chwili istnienia. Całkowicie zależni od
bogów śmiertelnicy żyli w pełnej niepokoju żarliwości, oczekując ostatecznej
chwili, która połączy ich z przodkami w pozaziemskiej wieczności. Śmierć
obecna jest w każdej rzeczy, stanowi podstawę wierzeń i przesądów, o
czym świadczy legenda o sowie zwiastującej śmierć Indianina, znana w całej
Ameryce Łacińskiej. Wszechobecna jest w sztuce Meksyku, szczerzy zęby na murze
czaszek skazańców, widoczna jest w groteskowych wizerunkach podczas święta
zmarłych, podczas ekstatycznego wejścia zabitych wojowników do Domu Słońca.
Cały wszechświat jest wypełniony śmiercią. Wiatr, dusza Quetzalcoalta,
wieje od czterech granic świata, za którymi rozpościera się kraina bogów.
Wschód to miejsce bogów Tlaloque, skąd wieje wiatr tlalocayotl; północ to
kraina piekła Mictlan z wściekłym wiatrem mictlampa ehecatl;
zachód to kraina złowrogich bogiń Cihuapipiltin, skąd nadchodzi zimny wiatr
nieszczęść i chorób, południe jest krainą bogiń Huitznahua i groźnego wiatru huitzlampa ehecatl. Czyż, osaczony przez wiatry i
wszechobecną śmierć, człowiek mógł być wolny? Wtedy
indiański lud Anahuacu mógł połączyć się ze swymi prawdziwymi
rodzicielami, z pierwszymi królami Tolteków, których pochowano w wielkim mieście
Teotihuacan, i którzy stali się bogami. Poznać mógł ekstazę pozaziemskiego życia, gdyż „jak mówili
mędrcy, po śmierci ludzie nie
znikają, lecz zaczynają nowe życie, jakby budzili się ze snu, i przemieniają
się w duchy albo w bogów”. [...] Bogowie Niewiarygodne
bogactwo meksykańskich mitów napełnia Barnardina de Sahagún uczuciem przerażenia
i fascynacji. Religia Mexików jest przede wszystkim pasją i to właśnie
niepokoi i porusza ewangelizatorów. Lud, który umiał pokonać i utrzymać
w jarzmie sąsiednie nacje, który potrafił stworzyć jedną z najbardziej
wyrafinowanych cywilizacji Mezoameryki, był jednocześnie gorąco oddany bogom, całkowicie zwrócony ku światu nadprzyrodzonemu. Wiara
Azteków jest gwałtowna, żarliwa, daleka od mrocznego obrazu, jaki sporządzili
pierwsi kronikarze. Wyraża się w każdej chwili, w życiu
powszednim i podczas świąt. Ważniejsza jest niż instynkt przetrwania czy
posiadania. Nie przypadkiem Bernardino de Sahagún zaczyna swą wielką relację
od opisu bogów i rytuałów. Siły nadprzyrodzone dzierżą władzę i rządzą
przeznaczeniem w świecie Indian. To one stanowią największe
zagrożenie dla hiszpańskiej kolonii. Bogowie
i mity stoją za każdym wydarzeniem. Nad Meksykiem unosi się religijny zapał,
mistyczna żarliwość obce Zachodowi. I podobnie jak nad cywilizacją Majów i
Tolteków rozpościera się cień fatalności. W zamian istnieje
egzaltacja, upojenie, porozumienie. Indiańscy bogowie nie są niedostępni
ani obojętni. Są bardzo bliscy, związani z ziemią i zamieszkującymi ją istotami
paktem krwi. Żywią się darami, dymem, ciałami i sercami ofiar. Lubią
wszystko, co żyje, wszystko im się należy. Modlitwa jest przede wszystkim
wymianą ze światem pozaziemskim, z jej pomocą człowiek stara się ułagodzić
bogów i odwrócić od siebie nieszczęście. Podobni
do ludzi, bogowie mają swoje zalety i wady. Dla hiszpańskiego duchownego
dwoistość pogańskich bogów jest niezrozumiała. Tezcatlipoca,
Huitzilopochtli czy Tlaloc są „diabłami” domagającymi się kultu
o „potwornym okrucieństwie”. Wszyscy azteccy
bogowie są, wedłud Sahagúna, diabłami wzbudzającymi przerażenie bądź kpinę. Czczenie gór,
gwiazd, ognia jest „wielkim zaślepieniem”, a kult tzoalli
(figurek z kukurydzianego ciasta i fasoli) to „rzecz godna
dzieci i osób bezmyślnych raczej niż ludzi rozumnych”. Dla Hiszpanów racjonalnej Europy XVI
wieku religijny zapał
Indian jest często przedmiotem kpin. Ich rytuały i modlitwy uważane są przez
konkwistadorów za przesądy zasługujące na pogardę. Już wtedy pojawia się
podział na Indian i ludzi rozumnych, który trwa do dzisiaj. Tymczasem
bogowie, których odkrywa Sahagún, panowie Indian podporządkowujący ich swym bezlitosnym pragnieniom,
przerażający i zarazem bliscy, to potworni, to znów niepoznawalni – „duchy, powietrze i ciemność”,
jak nazywali ich mędrcy - żyją życiem silnym i rzeczywistym, które niepokoi kronikarza.
Ów tłum
bogów, począwszy od olbrzymów obecnych przy stworzeniu świata po bożków ukrytych w
zakamarkach rzeczywistości, owe duchy drzew, gór, rzek, obłoków, nadające światu
w każdej chwili sens pomyślny bądź złowrogi, upajające i cudowne, tworzą
magiczny sobowtór świata widzialnego. Ta bliskość nierzeczywistości
nadaje całą potęgę myśli amerykańskich Indian. Pozbawieni swych bogów
Aztekowie nie mogli przeżyć. Sahagún był niewątpliwie pierwszym, który to
stwierdził: „Ponieważ wszystko się skończyło z przybyciem Hiszpanów,
ponieważ zmuszając ich do swojego sposobu życia, Hiszpanie
wyrwali i obalili wszystkie zwyczaje i wszystkie prawa Indian, zarówno jeśli chodzi
o rzeczy boskie, jak i rzeczy ludzkie, jako że byli to barbarzyńcy i bałwochwalcy,
zaginął cały porządek, jaki oni mieli”.[4] *** Światło
i magię prekortezjańskich kultur z ostrością dostrzegł Antonin
Artaud. Dla Artauda, jak dla Le Clézio, cywilizacja Mexików stanowi doskonały przykład cywilizacji
pierwotnej, czyli takiej, której nie opuścili bogowie. W studium o
Tarahumarach Artaud pisze: Indianie „są owładnięci filozofią, są nią
opętani aż po fizjologiczne zniewolenie; nie ma u nich zbędnego gestu,
takiego, który nie miałby bezpośredniego filozoficznego sensu. Oni stają
się filozofami w sposób absolutny, tak jak małe dziecko, rosnąc, staje się
dorosłym”[5].
Zdegustowany materialistyczną, pozbawioną mitów Europą, która uległa
dyktatowi rozumu, Artaud pojechał do Meksyku, żeby przestać być białym, to
jest tym, którego opuściły duchy. Chciał odnaleźć „potężny słoneczny
rozbłysk pierwotnej meksykańskiej sztuki”, w której wszystko było
bezpośrednią
manifestacją tajemnych mocy obecnych w kosmosie. Jadąc do Indian, pragnął
odnaleźć rytuały, owo prastare opętanie bogami będące najdoskonalszym
wyrazem Czerwonej Kultury. Uważał,
że „ostatni meksykański barbarzyńca, niewykształcony
Indianin z zapadłej wioski jest - w porównaniu z każdym Europejczykiem - człowiekiem
w najwyższym stopniu cywilizowanym”[6]. [1]
Claude Lévi-Strauss, Tristes Tropiques, Plon, Paryż 1955. [2] Inga Clendinnen, Aztekowie, próba interpretacji, PIW, Warszawa 1996. [3] Relation de Michoacan, przekład na j. francuski i opracowanie J.M.G. Le Clézio, Gallimard, Paryż 1984. [4]
Jean-Marie G. Le
Clézio, Meksykański sen, albo przerwana myśl indiańskiej Ameryki,
przekł. Zofia Kozimor, PIW, Warszawa 2010. [5]
Antonin Artaud, Les Tarahumaras, Folio Essais, Gallimard, Paryż 1987. [6] Leszek Kolankiewicz, Święty Artaud, PIW, Warszawa 1988, (wyd. II Słowo/Obraz Terytoria, 2002). ________________________ ©Zofia Kozimor |
|
| Powrót | ||